Na dworze było już widać pierwsze oznaki zimy. Minął już miesiąc od pamiętnych dla grupy Ślizgonów wydarzeń. Theo wrócił już do swojego dormitorium, chociaż wolałby zostać z Rose. Wspólne przebywanie przez tydzień w jednym pokoju zbliżyło ich do siebie. Blaise chętnie dokuczał Elsie, co postawił sobie za punkt honoru, z niewiadomego powodu. Za to dziewczyna udawała, że nic jej to nie rusza. Ale w nocy, kiedy nikt jej nie widział, oprócz swojej przyjaciółki, wypłakiwała jej się w ramię. Strasznie żałowała tego, co się stało pomiędzy nią, a Zabinim.
Mimo późnej pory Rose spacerowała samotnie po błoniach. Wiedziała, że czeka ją kolejna ciężka noc, podczas której będzie musiała pocieszać przyjaciółkę. Usiadła pod swoim ulubionym drzewem i zapatrzyła się na taflę jeziora. Lubiła tutaj przebywać. Tu zawsze było cicho i spokojnie.
-Mugole mówią, że nie wolno siedzieć na ziemi... można się rozchorować. - Tuż obok usłyszała głos Blaisa.
- Nie Twój biznes gdzie siedzę - warknęła.
- Oj, nie tak ostro... - udał że go to zabolało.
Wzięła głęboki oddech, żeby się uspokoić i nie dać mu w twarz.
- Chcesz czegoś czy przyszedłeś mi podokuczać?
-Akurat przechodziłem, zauważyłem Cię, więc podszedłem zobaczyć co u koleżanki z domu...
- Wszystko dobrze, możesz już sobie iść.
-A co u mojej ulubionej koleżanki? - uśmiechnął się wrednie.
Z trudem zachowała milczenie, nie chcąc wdawać się z nim w dyskusje.
- Słyszałem, że nudzi się jej beze mnie... - powiedział, siadając obok niej. Odsunęła się od niego od razu.
- Wyobraź sobie, że jest jej teraz lepiej. - wskazała brodą na jedną z Krukonek, która przyszła za Blaisem.
- Myślę że Twoja nowa... dziewczyna - to słowo niemal wypluła - bardzo się już za Tobą stęskniła.
-Też tak myślę. - wstał i objął dziewczynę w pasie, a następnie namiętnie ją pocałował na jej oczach - Aha, jak możesz, to nie pozdrawiaj Anderson ode mnie. - rzucił, kiedy oderwał się od swojej nowej lalki.
Prychnęła i wstała z gracją a następnie zwróciła się do dziewczyny. - Nie łudź się, że zostanie z Tobą dłużej niż do momentu, jak Cię zaliczy. On umie tylko pieprzyć, bo kochać potrafi wyłącznie siebie - po tych słowach, z podniesioną głową odeszła w stronę zamku. Dziewczyna tylko skrzywiła się teatralnie słysząc słowa ślizgonki i ponownie pocałowała swojego ukochanego. Blaise odsunął ją od siebie. Widać było, że jest wkurzony. - Zostaw mnie.
-Ale kochanie... Co się stało? - popatrzyła na niego ze łzami w oczach.
- Powiedziałem odejdź!
Przestraszona Krukonka szybko uciekła w stronę zamku. On stał jeszcze chwilę w tym samym miejscu, ale widząc, że nie jest w stanie się uspokoić, wkurzony chłopak zmienił swoje ubranie w coś wygodniejszego, i żeby odreagować rozmowę z Rose, zaczął biegać wokół jeziora.
W międzyczasie Panna Blade wróciła do dormitorium. Zdenerwowana do granic możliwości, z hukiem zamknęła drzwi i usiadła na swoim łóżku chowając twarz w dłoniach. Nawet nie zauważyła, że jej przyjaciółka siedzi na łóżku blada. Lecz kiedy tylko zobaczyła w jakim stanie jest Rose, od razu do niej podeszła i usiadła obok.
- Co się stało? - zapytała spokojnie Anderson, chociaż trochę słabo.
Rosalie pokręciła głową.
- Nieważne... Miałam małe spięcie z kimś.
-Rozumiem... - ziewnęła i oparła głowę o jej ramię - Strasznie chce mi się spać...
- Połóż się... Jest już w sumie trochę późno... - popatrzyła na zegarek, który wskazywał dopiero na 21. - A jutro pierwsze Eliksiry...
-Dobrze... dobranoc... - zdążyła ledwo dojść na łóżko i już po kilku sekundach było słychać jej równomierny oddech. Rose podeszła do niej i nakryła kołdrą. Martwiła się o przyjaciółkę... Ostatnio chodziła ciągle zdenerwowana albo przygnębiona. A wszystko przez tego idiotę... - I przez Ciebie też...- wyszeptała jej podświadomość. Nie mogła się z nią nie zgodzić. Po części to jej wina. Gdyby nie przyjęła pod ich dach Theo, do niczego by nie doszło... Westchnęła ciężko i udała się do łazienki. Niestety już nie mogła tego odkręcić. Powoli się rozbierała a jej myśli wciąż były przy Elsie. Postanowiła, że zrobi wszystko, żeby więcej już nie cierpiała. A przynajmniej nie przez Niego. Z takim postanowieniem szybko wzięła prysznic, ubrała swoją ulubioną piżamę i wróciła do pokoju, gdzie położyła się do łóżka i zmęczona całym dniem również szybko zapadła w sen.
*****
Draco wychylił się z łazienki z delikatnym uśmiechem
- Kochanie, zapraszam na kąpiel.
- Za chwilę... - odpowiedziała pochylona nad esejem z Obrony Przed Czarną Magią.
Podszedł do niej po cichu i pocałował ja w kark wcześniej delikatnie odsuwając jej włosy. - Esej nie ucieknie.
Uśmiechnęła się lekko. - Ale jeśli skończę go teraz to będziemy mogli spędzić więcej czasu w wannie...
Mruknął z aprobatą prosto w jej szyję. - W takim razie posiedzę z tobą i popatrzę jak piszesz.
- Dobrze... - cmoknęła go szybko w usta i wróciła do pisania z jeszcze większym zapałem. Szybko się z tym uporała i pozwoliła, żeby Draco zaniósł ją do łazienki. Z zadowoleniem zaczął powoli ją rozbierać, ukazując jej ciało. Gdy oboje już nie mieli na sobie ubrań, blondyn pomógł wejść Mionie do wanny, a sam usadowił się za nią, przytulając się do jej pleców. Dziewczyna położyła jego ręce na swoim brzuchu z cichą nadzieją. On myśląc, że chce się przesunąć, po prostu jeszcze bardziej przyciągnął ja do siebie. Wtuliła twarz w jego szyję.
- Miło...
- Mhm... - delikatnie zaczął myć jej ciało.
Westchnęła cicho. - A co z Theo? Jak sie trzyma? Widuje go tylko na zajęciach...
-Wszystko powoli wraca do normy... - zatrzymał się na chwilkę - chociaż... Theo teraz jakby... trochę żyje w swoim świecie...
- Co masz na myśli? - odwróciła się lekko w jego stronę.
- Rzadko się odzywa... Często wychodzi gdzieś sam zabierając miotłę...
- A nie boicie się zostawiać go samego?
- Rzuciłem na niego zaklęcie, tak, że wiemy, jak coś kombinuje -pocałował ją w policzek.
Pokiwała głową. - Rozumiem... Nie uważam, że to nie fair wobec Theo, ale nie widzę innej opcji.
-Ja też nie widzę. Theodor jest po prostu zbyt głupi żeby pozwolić mu na samowolne działanie. - westchnął.
- Przestań - uderzyła go lekko w tors. - On nie jest głupi, tylko trochę się pogubił.
Przytulił ja do siebie i powrócił do mycia jej ciała - To nie zmienia faktu, że ma nas i mógł z nami porozmawiać.
- Wasza trójka jest zamknięta w sobie... Nie do końca potraficie ze sobą porozmawiać tak szczerze i od serca.
-Wiem, ale sama wiesz dlaczego tak jest... - powiedział cicho przypominając sobie o służbie u Czarnego Pana.
- Wiem... - odwróciła się do niego przodem i przytuliła go mocno, chociaż było jej trochę niewygodnie. - Ale tamte czasy już nie wrócą – powiedziała z mocą.
Nie odpowiedział nic, tylko pocałował ją we włosy i schował w nich twarz. Gładziła go lekko po plecach i karku, pozwalając wrócić do teraźniejszości. Chwilę później powrócili do wzajemnego pieszczenia swoich ciał i mycia się nawzajem. Miona przygryzła wargę i popatrzyła poważnie w oczy Draco.
- Kochanie? Chciałabym o czymś z Tobą porozmawiać...
- Taak? Co sie stało? - zapytał czule
- Chciałam Ci powiedzieć już dawno, ale jakoś nie było okazji. Najpierw wojna i Twój proces... Później powrót do szkoły i problem z Theo... - mówiła cicho i ze spuszczonym wzrokiem.
-Skarbie - Draco był zdenerwowany, ale nie dał tego po sobie poznać - popatrz na mnie i powiedz, co Cię trapi.
Ponownie zagryzła wargę i podniosła wzrok spoglądając mu w oczy.
- Jestem w ciąży - wyszeptała.
Jego mina z czułej zrobiła się najpierw zszokowana , żeby po chwili wyrażać złość. Szybko wstał i wyszedł z wanny, po czym z całej siły uderzył pięścią w ścianę. - Jak to do cholery jesteś w ciąży?! - warknął -Nie. my nie możemy mieć dziecka... ja... - oparł się o umywalkę tyłem do niej, jakby próbując się uspokoić, po czym chwilę później odwrócił się w jej kierunku już bardziej opanowany. On nie mógł mieć dziecka! Nie teraz! Oczywiście, że bardzo tego chciał, z Hermiona, ale jest jeszcze na to za młody... oboje zresztą są. - Musisz usunąć to dziecko. – powiedział stanowczo- Nie widzę innej opcji.
Porażona jego słowami nie mogła wydobyć z siebie głosu. Na przemian otwierała i zamykała usta. Nie dochodziły do niej słowa Draco. Jak to ma usunąć dziecko? Owoc ich miłości? Po jej twarzy zaczęły płynąć łzy. - Jak... jak to mam... - potrząsnęła głową. - Mam zabić nasze dziecko? - Powoli podniosła się do góry i położyła dłonie na swoim brzuchu. - Przecież to nasza malutka Kruszynka...
Nie mogąc tego słuchać, po prostu się ubrał i wyszedł z dormitorium trzaskając drzwiami. Powoli wyszła z wanny i wysłała patronusa do Ginny. Niczym robot wytarła się i ubrała. Miała mętlik w głowie. On nie chce dziecka! - krzyczała jej podświadomość. Weszła powoli do sypialni i usiadła na łóżku z szokiem malującym się na twarzy. Ruda wpadła do jej pokoju niczym bomba i momentalnie znalazła się przy niej.
- Mionka, proszę, nie denerwuj się. Wszystko na pewno jakoś się ułoży, a tego gada... - syknęła - to ja osobiście zabije.
Podniosła na nią pusty wzrok. - On mnie nie kocha... Skoro nie chce... Nie chce Jego... - przytuliła się mocno do przyjaciółki i zaczęła płakać.
- Kocha Cię! - zapewniała ją przyjaciółka - ale po prostu... Taka informacja to dla niego dużo... pewnie teraz żałuje, ze to powiedział.
- Ale on nie wziął pod uwagę moich odczuć! Nie pomyślał jak jego reakcja mnie zaboli?! - prawie krzyczała. - Ja też nie planowałam teraz dziecka! Ale stało się i będziemy rodzicami!- ściszyła głos. - A raczej to ja będę matką...
-A on ojcem. -westchnęła młodsza Gryfonka i objęła Herm ramieniem - po prostu potrzebuje czasu żeby to przemyśleć.
- Tylko jak długo. - oparła głowę o jej ramię i znów zapłakała. - Mogę dzisiaj spać u Ciebie? Proszę... Nie zniosę spania tutaj... Nie po tym, co usłyszałam.
-Oczywiście -wstała i wzięła ją pod rękę – chodź, pewnie jesteś zmęczona. Zresztą nie mam się czemu dziwić.
Pokiwała głową. Wzięła jeszcze kilka najpotrzebniejszych rzeczy do małej torby, spakowała esej na jutro i obie wyszły z dormitorium. Gdy tylko zaszły do sypialni, Gin zrobiła Mionie herbatę, do której wlała eliksir Słodkiego Snu, nie chcąc patrzeć jak jej najlepsza przyjaciółka cierpi. Nie upłynęło kilkanaście minut jak Hermiona już spała. Gryfonka przykryła przyjaciółkę kocem i sama położyła się obok niej. Musiała sobie porozmawiać z Draconem. I to poważnie.
*****
Draco wyszedł z dormitorium i skierował się prosto na błonia, a później na ścieżkę prowadzącą do Hogsmeade. Potrzebował czegoś mocniejszego. Będzie ojcem... Ta informacja nie mogła dotrzeć do jego mózgu. To było zbyt trudne, żeby mógł to pojąć swoim arystokratycznym umysłem. Szedł szybkim krokiem nie oglądając się za siebie. Chciał jak najszybciej znaleźć się na miejscu. Upić się i zapomnieć o wszystkim. Hermiona na pewno nie była w ciąży. Musiało się jej coś pomylić. Dotarł do Trzech Mioteł, a już po chwili stała przed nim butelka, pełna Ognistej i szklanka, z której właśnie zdrowo wychylał. Nie rozglądał się po lokalu, tylko siedział wpatrzony w bursztynowy płyn. W głowie cały czas miał jedną myśl: zostanie ojcem. Jak to możliwe? Przecież brała eliksir antykoncepcyjny- westchnął. - Ciekawe, czy to będzie ona, czy on... - pokręcił głową chcąc wyrzucić z siebie tą myśl. Miona musi usunąć ciążę i koniec kropka. Osuszył na raz całą szklaneczkę, od razu na nowo ją napełniając. Tylko jak on ma zmusić Gryfonke do pozbycia się tego problemu? Przecież już mu zakomunikowała, że tego nie zrobi. Z każdą wypitą szklaneczką, jego pomysły robiły się coraz głupsze. Nawet nie zauważył, kiedy wypił sam drugą butelkę. Nieźle już wstawiony zostawił na stoliku kilka galeonów i powoli zbierał się do wyjścia.
- Jesteś pewien, że poradzisz sobie sam? - jego przyjaciel Nott stanął za nim i podniósł go do pionu, przerzucił rękę przez swoje ramię i powoli poprowadził w stronę zamku. -Co się stało stary? Czemu nie jesteś teraz z Miona? Jakiś mały kryzys?
-Szo... szo Ty.. tu obisz? - opierał się całym ciałem na Theodorze, ledwo stawiając kroki, a nogi i tak mu się plątały.
- Przechodziłem obok i zobaczyłem Cię w środku... - szedł z nim bardzo powoli. Przez chwilę milczał.
- Moi... Miona... jesz... w... ciąszy...
-Co? - Theo o mało nie puścił przyjaciela stając jak wryty - w ciąży? Draco... jesteś pijany. Za dużo Ognistej i w głowie Ci się miesza. - stwierdził od razu nawet nie zastanawiając się nad jego słowami.
Pokręcił szybko głową, omal nie wywracając ich obu.
- To... parawda... - coraz trudniej było mu mówić a język plątał się niebywale.
-Powinieneś iść spać, bo bredzisz.
Sam nie wie jakim cudem, ale dotarł do jego dormitorium, które było puste. Jednak Draco nawet tego nie zauważył, bo gdy tylko jego głowa dotknęła poduszki, od razu zapadł w sen.
Theo lekko zaskoczony całą tą sytuacją wrócił do siebie i również od razu poszedł się położyć. Jednak za nim zasnął, wrócił wspomnieniami do sytuacji sprzed kilkunastu dni.
Wszedł do wielkiej sali i już miał usiąść, gdy od tyłu napadła go jego 'ukochana'.
- Kochanie! - zaświergotała, rzucając mu się ma szyję i całując go w usta.- Gdzieś Ty się podziewał ostatnimi czasy? - zapytała zanim Theo cokolwiek odpowiedział. - Twoi koledzy nic mi nie chcieli powiedzieć...
-Nie powinno Cię to interesować - rzucił sucho i odkleił ją z trudem od siebie.- Oczywiście, że interesuje! - krzyknęła oburzona. - Przecież jestem Twoją dziewczyną! Wszyscy zebrani na śniadaniu zamilkli, żeby posłuchać co się wydarzy. - Już nią nie jesteś. - rzucił tylko w jej kierunku, patrząc na nią zimnym spojrzeniem pełnym złości.- Ale... Ale dlaczego? - widać, że była w szoku, a trybiki w jej głowie obracały się z zawrotną prędkością, żeby przypomnieć sobie czy zrobiła coś, co mógłby zobaczyć Theo.
-Już dobrze wiesz dlaczego. - warknął - wieża astronomiczna. Mówi Ci to coś? Przypomniało Ci się, jak pieprzyłaś się tam z Goylem i Crabem?
Jej twarz momentalnie pobladła, ale zaraz odzyskała rezon. - Ale kochanie, to nic dla mnie nie znaczyło! Ty nie okazywałeś mi ostatnio czułości, a ja za tym tęskniłam - powiedziała robiąc smutną minkę, żeby go zmiękczyć.
- Nawet nie próbuj się tłumaczyć. Mam dość. Zejdź mi z oczu, Parkinson. - odwrócił się do niej plecami i zaczął jeść swoje śniadanie obok przyjaciół.
Nie zamierzała tak szybko odpuścić. Usiadła obok niego i przytuliła do jego boku.
- Skarbeńku... Proszę, daj mi jeszcze jedną szansę...
- Powiedziałem nie! Znajdź sobie innego kutasa który zniesie wszystkie te twoje wybryki! - przerwał jej uderzając pięścią w stół mega wkurzony.
- Kiedy ja chce być z Tobą! - zawołała płaczliwie.
-Ale ja nie chcę. - odwrócił się do Blaisa i zaczął z nim rozmowę.
- Jeszcze do mnie wrócisz! - wykrzyczała i wybiegła z Wielkiej Sali.
- Wybacz ale mam na oku kogoś innego, dziwko - mruknął pod nosem i zabrał się za jedzenie. Jego wzrok jednak powędrował w stronę pewnej zielonookiej dziewczyny, która właśnie rozmawiała cicho ze swoją przyjaciółką.
Nawet teraz, gdy zasypiał, cały czas widział te śliczne oczy. Uśmiechnął się jeszcze delikatnie sam do siebie i zapadł w spokojny, głęboki sen.
*****
Połowa grudnia
Dzisiaj wyjście do Hogsmeade – pomyślała smutno Hermiona patrząc przez oszronione okno na zasypane lekką warstwą śniegu błonia. Tyle czasu już minęło od jej ostatniej rozmowy z Draconem. Przez ten okres mieszkała z rudowłosą przyjaciółką w jej dormitorium. Chłopak nadal nie zmienił zdania co do ich dziecka. To było dla niej nie do pomyślenia. Przecież to ICH dziecko. Może nie było planowane, ale spłodzili je z miłością. Przynajmniej jej się tak wydawało. Jakże srogo się pomyliła. Westchnęła i opuściła wzrok na swój brzuch, na którym wcześniej położyła dłoń.
- Poradzimy sobie, kruszynko… - wyszeptała, a po jej policzku spłynęła niechciana łza. – Może wychowasz się bez taty, ale będziesz miał mamę, ciocię i najwspanialszych dziadków na świecie – uśmiechnęła się blado.
Jej myśli zostały przerwane przez Ginny, która wpadła do pokoju jak huragan.
- Gotowa? – wysapała dziewczyna.
- Już prawie – odchrząknęła lekko, aby pozbyć się guli z gardła i podeszła do szafy, żeby wyjąć jedyną kurtkę, która na nią jeszcze pasowała. – Muszę zrobić dzisiaj zakupy, bo już w nic się prawie nie mieszczę – poskarżyła się.
- To znaczy, że malutka rośnie duża i zdrowa – przytuliła się do niej do jej pleców.
Miona tylko pokiwała głową nadal będąc przygnębiona myślą, że córeczka, która rozwija się w jej łonie wychowa się bez swojego ojca. Ginny, która widziała, że Hermiona nadal jest smutna, pociągnęła ją za rękę.
- Chodź, bo zaraz zajmą wszystkie dobre miejsca w Trzech Miotłach! – wyszły, a raczej niemal wypadły z dormitorium i zbiegły po schodach wpadając niechcący na dwóch chłopaków – Harry’ego i Rona.
- Miona, cześć – Złoty Chłopiec uśmiechnął się na jej widok i przytulił do siebie uważając na dziecko. Kiedy Ginny powiedziała mu jaka jest sytuacja to w pierwszej chwili chciał iść i wpierdolić Malfoyowi, ale rudowłosa go powstrzymała. I dzięki Merlinowi za to. Po ochłonięciu stwierdził, że oboje są dorośli i sami muszą dojść do porozumienia. Postanowił, że będzie przy przyjaciółce nie ważne, co się stanie. Była dla niego siostrą, o którą musiał dbać. – Jak się czujesz? – zapytał, patrząc jej w oczy.
- W porządku… - odpowiedziała lekko wymijająco, gdyż nie miała nastroju, żeby rozmawiać dzisiaj z kimkolwiek, kto nie nazywa się Ginevra Weasley.
- A jak ma się moja mała dziewczynka?
-A skąd wiesz, że to dziewczynka? – zapytała szczerze zdziwiona.
Potter wskazał podbródkiem na rudowłosą dziewczynę i uśmiechnął się. – Gin powiedziała mi wczoraj, zaraz po twoim badaniu USG. – widząc po jej minie, postanowił zmienić temat – Wybieracie się może teraz do Hogsmeade?
Obie dziewczyny pokiwały głowami, a Ron zapytał z przekąsem.
-Nie powinnaś teraz pieprzyć się gdzieś ze swoją blond fretką? – uniósł ręce i spojrzał w górę – Godryku, zapomniałem, przecież on nie uznaje tego dziecka. – widać, że chciał coś do tego dodać, ale został zaatakowany przez własną siostrę, która rzuciła się na niego z paznokciami.
- Jak mogłeś to powiedzieć?! – Ronald odepchnął ją, chcąc się obronić, lecz ona była szybsza. Rozorała paznokciami jego lewy policzek, zostawiając trzy głębokie i krwawiące rany. Chłopak od razu chwycił się za policzek, a przez jego palce zaczęła wydobywać się krew.
- Ty dziwko! – wrzasnął, zapominając, że mówi do swojej siostry.
- Weasley, chyba się zapominasz i nie wiesz,co do kogo mówisz – warknął Harry i chwycił rudzielca za przód jego bluzy, a następnie popchnął go na ścianę i wyjął różdżkę, którą skierował wprost na niego – Może zachowuję się w tym momencie jak jakiś pieprzony Ślizgon, ale ostrzegam Cię, powiedz jeszcze raz coś takiego do Miony, albo obraź swoją siostrę, a przysięgam, że zrobię z twoich jaj nową okładkę na książkę do eliksirów. – puścił go, a następnie objął obie dziewczyny ramionami i zostawiając go samego w korytarzu, wyszli ze szkoły na zaśnieżone Błonia nie oglądając się za siebie.
Hermiona poniekąd rozumiała zachowanie Ronalda. Wiedziała, że to zawsze on chciał być na miejscu Draco w jej życiu…
Właśnie…
Draco…
Jej druga połowa, która w jednym momencie przestała ją kochać…
Mogła mieć obu, a teraz nie ma żadnego…
Zacisnęła mocno wargi, żeby się nie rozpłakać. Musiała być silna. Nie dla siebie, ale dla dziecka, które rosło jej w łonie. Nieświadomie położyła dłoń na brzuchu, a przechodzące obok niej dziewczyny od razu zaczęły szeptać.
- Mówiłam Ci, że jest w ciąży, a Malfoy ją zostawił bo podobno to nie jego dziecko tylko Pottera – jedna z nich powiedziała to na tyle głośno, że szept doszedł do ich uszu. Kasztanowłosa skuliła się w sobie i wtuliła bardziej w swojego przyjaciela, który z mordem w zielonych oczach popatrzył za oddalającymi się szybkim krokiem kobietami.
- Nie przejmuj się tym kochanie – pocieszyła ją Ginny. – To są tylko plotki wyssane z palca i każdy kto Cię zna wie, że są nieprawdziwe.
Chwilę później byli już we wiosce, a swoje kroki od razu skierowali w stronę Trzech Mioteł. Wszyscy zamówili dla siebie po piwie kremowym i pogrążyli się w rozmowie. Tylko Miona siedziała cicho myśląc nad swoją sytuacją kiedy do środka wszedł Draco z jakąś dziewczyną, którą kasztanowłosa kojarzyła ze szkoły. Zszokowana, nie była w stanie oderwać od nich wzroku. Czyli jednak… - pomyślała z rozpaczą i nie czekając na nic zerwała się ze swojego miejsca ledwo widząc przez załzawione oczy wybiegła z knajpy, a zaraz za nią wybiegła Ginny.
- Poczekaj! – krzyczała, ale dziewczyna nie chciała się zatrzymać. Wbiegła do zamku i od razu skierowała się do ich dormitorium, a następnie opadła na łóżko i skuliła się w pozycję embrionalną zanosząc się szlochem.
Ruda dopadła do niej chwilę później i od razu przykucnęła przy łóżku, ale sama nie wiedziała jak ma pocieszyć przyjaciółkę. Położyła się tylko przy niej i przytuliła ją mocno.
- Jak… jak on mógł… - szlochała, a jej całym ciałem wstrząsały dreszcze.
- Cii… - pocałowała ją w czoło – ten dupek nie zasługuje na Ciebie, a tym bardziej na to dziecko.
Dziewczyna tylko pokręciła głową i przeniosła zapłakane spojrzenie na Ginny.
- Muszę stąd wyjechać – pociągnęła nosem. – Najlepiej zaraz.
Widząc cierpienie swojej prawie siostry pokiwała głową.
- Niechętnie, ale zgodzę się z Tobą. Ogarnij się trochę i pójdziemy załatwić Ci wcześniejszy wyjazd do domu – posłała jej ciepły uśmiech i wytarła jej wciąż płynące łzy. Hermiona przywołała chusteczkę i wytarła nos.
- Już – szepnęła cicho i wstała. Razem z przyjaciółką poszły do opiekunki ich domu. McGonagall wysłuchawszy wszystkiego i widząc udręczenie młodej kobiety, zgodziła się na wyjazd pod warunkiem, że panna Granger pod koniec następnego tygodnia wyśle sową wszystkie eseje, które będą zadawane podczas jej nieobecności. Dziewczyna zgodziła się na to z wyraźna ulgą i podziękowała. Ledwo opuściła progi gabinetu profesorki, od razu za pomocą magii, nawet na odległość (co to dla najzdolniejszej czarownicy od czasu Roweny Ravenclaw) spakowała wszystkie swoje rzeczy i przytuliła rudą.
- Dziękuję, że przy mnie byłaś – szepnęła jej do ucha i pocałowała w policzek w momencie jak jej rzeczy zjawiły się obok niej wraz z jej kotem.
- Od tego są przyjaciółki – powiedziała z uśmiechem i patrzyła, jak jej przyjaciółka za pomocą świstoklika teleportuje się do domu.
*****
Rose stała przed lustrem i po raz kolejny poprawiła swój szalik. Chciała wyglądać pięknie, zwłaszcza że szła do wioski z kimś wyjątkowym. Z Theodorem Nott. Zaprosił ją wczoraj po kolacji. Zgodziła się od razu, bo Elsa wcześniej powiedziała jej, że nie ma ochoty na wyjście. W sumie to się jej nie dziwiła. Po tym, co odstawiał Blaise, ona też nie miałaby ochoty widzieć nikogo.
- Przestań się tak mizdrzyć do tego lustra, i tak wyglądasz pięknie – Anderson na chwilę oderwała się od wykonywanej czynności i spojrzała na przyjaciółkę – Padnie z wrażenia kiedy Cię zobaczy.
Zielonooka odwróciła się w stronę łóżka swojej przyjaciółki, bo właśnie tam ona leżała i czytała jakąś książkę.
- Naprawdę tak myślisz? – pogładziła przód swojego płaszczyka. – Nie wyglądam zbyt poważnie?
-Ani trochę – uśmiechnęła się do niej blado i podeszła do swojej komody, a następnie wygrzebała z niej rękawiczki – weź je, bo dziś ci się przydadzą… - podała je jej i przytuliła ją – Bawcie się dobrze, siostrzyczko…
- Naprawdę nie chcesz z nami iść? – zapytała patrząc jej z troską w oczy. – Nie chcę, żebyś została sama…
Pokręciła głową i wróciła na łóżko. – Dam radę, a poza tym nie chcę psuć wam tej randki.
- To raczej nie będzie randka… - westchnęła i przysiadła jeszcze na chwilę do przyjaciółki. – Przynajmniej dla niego – dodała cicho.
Elisabeth uśmiechnęła się do siebie. Mimo, że jakoś ten chłopak nie przypadł jej do gustu, miała do niego żal, że to po części jego wina, że przespała się z Blaisem, ale w głębi duszy chciała, żeby jej najlepsza przyjaciółka była szczęśliwa. Nieraz widziała, jak Nott przyglądał się jej z ukrycia. Jak na nią patrzył. Według niej, dla niego to jak najbardziej będzie randka. Ale nie zdążyła nic odpowiedzieć, gdy wylądowała w łazience, a w tym samym czasie rozległo się pukanie do drzwi.
Zmartwiona i jednocześnie ucieszona Rose wpuściła do środka Theo, który uśmiechał się do niej przyjaźnie znad dwóch kubków z pachnącą kawą na wynos.
- Cześć… - zaczął lekko nieśmiało i wyciągnął przed siebie jeden z kubków. – Przyniosłem nam kawę.
Zielonooka wpuściła go do środka obdarzając go zniewalającym uśmiechem.
- Dziękuję, to bardzo miło z Twojej strony – jednak jej wypowiedź została przerwana przez dziwne odgłosy dochodzące od strony łazienki. Dziewczyna rzuciła przepraszające spojrzenie w stronę chłopaka i ruszyła w stronę drzwi, by po chwili za nimi zniknąć i zobaczyć pochylającą się nad ubikacją swoją bladą przyjaciółkę. Ściągnęła szybko płaszczyk wraz z szalikiem, czapką i rękawiczkami i przypadła do niej.
- Jestem z Tobą kochanie… - odgarnęła z jej mokrego czoła włosy i lekko związała z tyłu. – Jutro pójdziemy do pani Pomfrey, żeby cię zbadała, bo te wymioty trwają już za długo – stwierdziła, kiedy ciałem siostry wstrząsnęły kolejne konwulsje. Anderson pokiwała głową i oparła się o ścianę. Po chwili wyszeptała, a na jej twarz zaczęły powracać kolory. – Już mi lepiej… - powoli wstała i przemyła twarz wodą. Blade przywołała szklankę wody i niepostrzeżenie dolała jej tam kilka kropel eliksiru nasennego. Podała jej miksturę.
-Małymi łyczkami do dna… - poleciła i pomogła jej dojść do łóżka. Theo przyglądał się temu wszystkiemu z lekkim zaskoczeniem.
- Wszystko w porządku? – zapytał
Elsa usiadła na łóżku i okryła kocem, gdyż jej ciałem wstrząsnęły dreszcze. – Chyba złapałam jakąś grypę żołądkową.
-Powinnaś się przespać – powiedział nie patrząc jej w oczy – to powinno chociaż trochę pomóc…
- Dzięki… - rzuciła cicho i wypiła resztę wody, po czym niemal od razu zapadła w sen.
Theo uśmiechnął się do Rosalie.
- Eliksir Słodkiego Snu? – dziewczyna pokiwała głową i zaczęła ponownie ubierać płaszczyk, nadal mając zatroskaną minę.
- Martwię się o nią… - westchnęła i w końcu wzięła od niego kubek z kawą, a następnie kontynuując rozmowę wyszli z dormitorium.
- Może to faktycznie tylko małe zatrucie – próbował ją jakoś pocieszyć, ale sam wiedział, że był kiepskim pocieszycielem.
Zielonooka pokręciła głową. – To trwa już tydzień. Za długo jak na zwykłe zatrucie – zagryzła wargę i wyszeptała – nie chcę, żeby coś jej się stało…
Niespodziewanie objął ją ramieniem.
-Wszystko dobrze się skończy, zobaczysz… - czując jego silne ramie wtuliła się w niego mimowolnie.
- Mam taką nadzieję…
Theodor zabrał ją na spacer wokół Hogsmeade i pokazał jej swoje ulubione miejsca, gdyż dziewczyna niezbyt wiedziała, co mogłaby tu z sobą zrobić. Następnie zabrał ją do centrum wioski na pyszną gorącą czekoladę, a tuż po tym, kiedy spędzili miły czas w kawiarni, ruszyli powoli ścieżką do lasku nieopodal wrzeszczącej chaty.
- Mieszka tu ktoś? – zapytała Rose widząc praktycznie rozpadającą się chatkę. Nott pokręcił głową i parsknął śmiechem.
- Nie, tu tylko straszy – na to stwierdzenie jej oczy rozszerzyły się z przerażenia i aż się cofnęła.
- Nie chce tu być – powiedziała drżącym głosem. – Proszę, zabierz mnie stąd…
-Hej… - mruknął cicho i objął ją w pasie – nie bój się… to tylko legenda, tak naprawdę nikogo tam nie ma, no chyba, że jakiś uczeń chowa się tam przed Filchem –popatrzył jej w oczy – wierzysz mi?
Wtuliła się w niego mocno, drżąc lekko i pokiwała głową. – Wierzę, tylko proszę, nie strasz mnie tak więcej… Nie lubię tego typu żartów.
Spiął się delikatnie, kiedy tak mocno go objęła. Chyba nie był na to gotowy.
Jeszcze…
Wyczuwając jego napięcie odsunęła się szybko od niego a jej policzki pokrył ognisty rumieniec.
- Przepraszam, nie chciałam się przytulać. Po prostu od zawsze takie miejsca mnie przerażały. - Pokręcił głową z uśmiechem.
-Nie szkodzi… Nie jestem po prostu przyzwyczajony do przytulania. – popatrzyła na niego dziwnie.
- To rodzice nigdy Cię nie tulą jak wracasz ze szkoły?
Na wspomnienie o jego bliskich, skulił się w sobie i powiedział cicho – Moi rodzice nie żyją. Nie doczekali końca wojny.
Zassała głośno powietrze i znów miała go ochotę mocno przytulić, ale siłą woli się powstrzymała. Za to złapała jego dłoń w swoją, która była odziana rękawiczką i ścisnęła lekko. – Przykro mi, nie chciałam Cię zranić ani przywoływać przykrych wspomnień… - zacisnęła swoje wargi przeklinając w myślach swój ciekawski język. Odwzajemnił jej uścisk ale nie spojrzał na nią.
-Możemy już wrócić do zamku? – zapytał tonem smutnego, małego chłopca. – Przepraszam, ale chyba nie jestem w nastroju…
Rose pokiwała głową i puściła jego dłoń chcąc ukryć zawód jaki ukazał się na jej twarzy i odwróciła się do niego tyłem i zaczęła iść w kierunku Hogwartu. Żałowała, że przez jej niewyparzony język musieli tak szybko zakończyć rozmowę. Pogrążona w swoich myślach i ze smutkiem wypisanym na twarzy, chociaż ona nie zdawała sobie z tego sprawy szła powoli nie oglądając się za siebie. Chłopak widząc, że zranił ją tymi słowami, dogonił ją i zatrzymał.
- Przepraszam, nie bądź smutna… - na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu – nie powiedziałem, że w zamku nie możemy dokończyć naszej randki.
Mimo, iż się uśmiechał ona widziała pustkę w jego pięknych czarnych oczach. Zanim jej język skonsultował się z mózgiem z jej ust wyleciało pytanie: - Może chcesz spędzić święta ze mną i moimi rodzicami?
Nott otwarł szeroko usta ze zdziwienia i zagapił się na coraz bardziej czerwoną kobietę stojącą przed nim.
- To znaczy… ja… - zaczęła się jąkać i zamilkła nie wiedząc co dalej ma powiedzieć, a następnie spuściła wzrok.
Niespodziewanie przerwał jej przytulając ją do siebie.
- Powiedziałaś to poważnie?
Pokiwała głową nie będąc w stanie czegokolwiek powiedzieć.
Posmutniał.
-Nie chcę sprawiać kłopotu…
Wreszcie spojrzała mu w oczy. – Nie będziesz sprawiał żadnego kłopotu. Moi rodzice na pewno się ucieszą, że ktoś dodatkowy spędzi z nami święta – obdarzyła go lekkim uśmiechem.
- Jeśli tego chcesz, to… Bardzo chętnie spędzę z wami święta – powiedział z lekkim rumieńcem na twarzy – Ale… Obiecaj mi, że zapytasz rodziców, czy to na pewno nie jest problem.
- Obiecuje – w końcu na jej usta wpłyną szczery i szeroki uśmiech. – Ale teraz może faktycznie wróćmy do zamku, bo robi się coraz chłodniej.
Theo przystał na jej pomysł i skierowali swoje kroki prosto do Hogwartu, gdzie poszli jeszcze razem na kolacje, którą zjedli wspólnie pod ostrzałem ciekawskich i oskarżycielskich spojrzeń, a następnie chłopak odprowadził ją pod dormitorium.
- Dziękuję za miło spędzony czas – odezwała się po chwili niezręcznego milczenia Rose. – I dziękuję, że pokazałeś mi swoje ulubione miejsca, są naprawdę niesamowite.
Nott tylko się uśmiechnął.
-Nie musisz dziękować. To była dla mnie sama przyjemność.
Nieoczekiwanie pocałował ją w policzek, a gdy ona zorientowała się, co właśnie się stało, jego już nie było. Zarumieniona i widocznie szczęśliwa weszła z szerokim uśmiechem do pokoju, który okazał się pusty. Zdezorientowana dostrzegła małą karteczkę na biurku. Podeszła i wzięła do ręki krótki list, a kiedy go przeczytała jej oczy rozszerzyły się ze strachu i z hukiem wypadła z dormitorium.
*****
Elsa zaraz po przebudzeniu od razu zerwała się do łazienki, gdyż znów zebrało jej się na wymioty. Kiedy wyrzuciła z siebie jedynie żółć, wstała i podeszła do umywalki patrząc na swoje blade i wyczerpane odbicie.
- Pięknie wyglądasz Anderson, nie ma co – stwierdziła z sarkazmem i pokręciła głową. Umyła szybko zęby, zrobiła lekki makijaż i po ubraniu dresów i ulubionej grubej bluzy poszła szukać książek na esej z Eliksirów. Mimo iż była sobota i wyjście do Hogsmeade kilkoro uczniów postanowiło zostać w zamku tak jak i ona. Idąc do biblioteki spotkała znajomych ze Slytherinu, ale tylko kiwnęła im głową. Nie miała ochoty z nikim rozmawiać. Wciąż było jej niedobrze i czuła posmak żółci w ustach. Popchnęła podwójne drzwi wejściowe i przywitała się z panią Pince i skierowała swoje kroki od razu na odpowiedni dział. Kilkanaście minut zajęło jej znalezienie odpowiednich książek. Jedna z nich była wyjątkowo na najwyższej półce. Wiedząc, że nie można używać na nich magii wspięła się na pobliską drabinę. Nagle pociemniało jej przed oczami, zachwiała się i mdlejąc spadła drabiny. Huk jakiego narobiła sprowadził bibliotekarkę, która widząc co się stało od razu wyczarowała nosze i za pomocą zaklęcia lewitacji szybko zaniosła ją do Skrzydła Szpitalnego. Po drodze wpadła na Blaisea Zabiniego, który właśnie wracał z wioski z nową dziewczyną. Jego wzrok od razu uciekł do bladej Anderson leżącej na noszach. Zatrzymał Pince.
- Pani profesor, co jej się stało? – zapytał chcąc się czegoś dowiedzieć. Bibliotekarka pokręciła głową ze zdenerwowaniem.
- Nie wiem chłopcze. Usłyszałam tylko huk, a jak poszłam to znalazłam ją leżącą na ziemi obok drabiny. Wydaje mi się, że zasłabła jak sięgała po jakąś książkę i zleciała z wysokości. Mam nadzieję, że to nic poważnego, tylko zasłabnięcie. – Minęła go, i szybkim krokiem ruszyła w stronę skrzydła. Zabini nieco się zmartwił, ale nie dał tego po sobie poznać, gdyż nie chciał stracić ‘ Dobrego-Obiektu-Do-Gnębienia’. Jednak w głębi obiecał sobie, że gdy nikt nie będzie widział, pojawi się, żeby zobaczyć co u niej. W łóżku była dobra. Może gdyby spróbował, udałoby mu się jeszcze raz ją tam zaciągnąć? Jednak na razie nie ma co narzekać, przecież dziś w jego menu widnieje piękna, długonoga blondynka ze Slytherinu. Nie zważając na publikę zgarnął ją w swoje ramiona i pocałował namiętnie na co dziewczyna odpowiedziała mu tym samym.
- Może odpuścimy sobie kolację i od razu pójdziemy po deser? – wymruczał jej do ucha przygryzając jednocześnie jej płatek na co przeszedł ją dreszcz.
- Och kochanie – zaświergotała. – Czekałam na to cały dzień.
Blaise uśmiechnął się pod nosem i zaciągnął ją do sypialni, by dopisać kolejną łatwą dziewczynę do jego listy podbojów.
*****
Rose wpadła do Skrzydła Szpitalnego dysząc ciężko. Wzrokiem odnalazła swoją siostrę i od razu do niej podbiegła. Elsa była wciąż nieprzytomna, ale na jej twarzy pojawiły się chociaż kolory. Usiadła obok niej i złapała jej zabandażowaną dłoń w swoją.
- Przepraszam aniołku… - wyszeptała cicho, a w jej oczach pojawiły się łzy. – Nie powinnam zostawiać cię samej…
Dziewczyna na łóżku drgnęła i obudziła się otwierając powoli swoje niebieskie oczy.
- Rose? To Ty? – wyszeptała.
- Przepraszam, że cie zostawiłam… - wyszeptała cicho szlochając. Elisabeth powoli podniosła się na łóżku i przytuliła się do niej.
-Nie obwiniaj się, przecież to nie jest twoja wina – uśmiechnęła się do niej – Już nic mi nie jest…
Ostrożnie wstała i ujęła jej dłoń. – Chodź, wróćmy do dormitorium… Miałam tu zostać tylko do czasu aż obudzę się z drzemki. Tak powiedziała pani Pomfey zanim zasnęłam. Jednak zanim zdążyła zrobić chociaż jeden krok, przy jej łóżku pojawiła się pielęgniarka.
- Dobrze, że jeszcze cię złapałam, Panno Anderson. – nie czekając na jej reakcję, ułożyła ją z powrotem na łóżku i zaczęła badać, wcześniej delikatnie wyganiając Rosalie tuż za wyczarowany parawan. – Coś mi się nie zgadza. Muszę cię zbadać jeszcze raz.
Dziewczyna nie mając innego wyjścia, cierpliwie czekała na to, aż badanie dobiegnie końca. Jednak po chwili się spięła widząc minę pielęgniarki.
- Dziecinko… - powiedziała zatroskanym głosem – Muszę o to zapytać… - westchnęła, przymknęła na chwilę oczy i w końcu wydusiła to z siebie – Czy uprawiałaś z kimś seks odkąd przyjechałaś do szkoły?
Elsa wstrzymała oddech i pokiwała lekko głową nie patrząc jej w oczy. Pomfrey westchnęła ciężko i przysiadła na jej łóżku.
- A czy użyliście zabezpieczenia? – zapytała musząc dowiedzieć się czegoś więcej.
- Nie – wyszeptała cicho. Kobieta spojrzała na nią ze współczuciem.
- Przykro mi kochanie, ale jesteś w 13 tygodniu ciąży.
Dziewczyna głośno wciągnęła powietrze i zaczęła szlochać. Dlaczego akurat jej musiało się to przytrafić? To był tylko jeden raz… Pierwszy raz… Dziecko? To nie jest możliwe. Ona nie chce mieć dziecka. Nie teraz i nie z nim. Z pieprzonym Blaisem Zabinim, którego zamiast nienawidzić, zaczyna tolerować, mimo tego, jak ją traktuje.
Pomfrey w tym czasie zlikwidowała parawan i podeszła do przestraszonej Rose dotykając jej ramienia.
- Idź, zabierz ją do dormitorium… Ona potrzebuje teraz czyjegoś oparcia, bo jest w rozsypce. Ta wiadomość nią wstrząsnęła – westchnęła poirytowana odchodząc – coraz więcej takich przypadków… Za chwilę to stanie się rutyną.
- Ale co jej jest? – zapytała nie wiedząc o co chodzi. Pielęgniarka zatrzymała się i rzuciła: - pani przyjaciółka jest w 13 tygodniu ciąży.
Oczy Rose rozszerzły się i nie czekając na nic dopadła do Elsy przytulając ją od razu.
- Damy sobie radę – powiedziała od razu.
- Ja nie chcę… - powiedziała między szlochami, mocno tuląc się do przyjaciółki.
- Wiem… - zaczęła płakać razem z nią. – Tak bardzo cię przepraszam… To wszystko moja wina… To ja namówiłam cię na przyjazd tutaj… To ja zabrałam Theo do siebie przez co musiałaś spać z Blaisem… Przepraszam…
Warknęła na nią od razu przez łzy.
- Przestań się obwiniać do cholery! To nie twoja wina, nie ty wpakowałaś się mu do łóżka!
- Ale gdyby nie ja to nigdy do takiej sytuacji by nie doszło! – patrzyła jej ze złością w oczy. – Może i nie ja wpakowałam się mu do łóżka, ale się do tego przyczyniłam! – znów wpadła jej w ramiona.
Teraz rozpłakała się już na dobre. Niestety, ale głosik z tyłu jej głowy podpowiadał jej, że po części Rose ma rację. Nie chciała, żeby tak było, ale niestety to była prawda.
- Chodźmy… - ponownie wstała z łóżka i ujęła jej dłoń. Chwilę później wyszły ze skrzydła szpitalnego i udały się do lochów. Jednak Elsa zatrzymała się przed kamienną ścianą, która umożliwiała Ślizgonom wejście do ich Pokoju Wspólnego.
- A jeśli on tam będzie? – zapytała ze łzami w oczach. Blade objęła ją mocno.
- Wiesz, że musisz mu o tym kiedyś powiedzieć, prawda? – Elsa od razu pokręciła głową.
- Nie może się dowiedzieć. I tak nie uzna dziecka, a mi przysporzy tylko kolejnego cierpienia – po jej policzkach znów popłynęły łzy. Zielonooka przytuliła ją do siebie po raz kolejny i nie odpowiadając podała hasło. Wprowadziła ją do środka i nie patrząc na nikogo szybko znalazły się w swoim dormitorium. Tam obie położyły się na łóżku jednej z nich i przytulone do siebie spędziły kolejną bezsenną noc na płakaniu i rozmawianiu o dorosłości, która nadeszła szybciej, niż się spodziewały.
*****
Witajcie!
Po dość długiej przerwie pojawiam się z kolejnym rozdziałem dłuższym niż poprzednie. To zasługa weny, która ostatnimi czasy robi wybryki i znika w najmniej oczekiwanym momencie.
Mam nadzieję, że ktoś jeszcze czyta bloga. Pomimo braku odzewu z Waszej strony co do zostawiania komentarzy postanowiłam jednak nie zawieszać bloga. Jest mi przykro, że zignorowaliście moją prośbę, ale trudno.
Kolejny rozdział mam nadzieję, że jeszcze w tym roku.
Pozdrawiam,
SEL ♥♥♥
Hej, bardzo mi się podoba twoje opowiadanie. Mam nadzieje, że napiszesz kolejny rozdział szybciej niż w pół roku :)
OdpowiedzUsuńCzekam :D
Oliwia