czwartek, 17 maja 2018

Rozdział 6.


Draco omiótł wzrokiem Wielką Salę po raz kolejny i nadal nie zauważył nigdzie Hermiony. Co się z nią dzieje do cholery? – pomyślał lekko zdenerwowany. To już czwarty dzień, kiedy nie widuje jej na posiłkach. Postanowił zająć się tym nieco później. Teraz ważniejszy był jego pusty żołądek. Zajął miejsce obok przysypiającego na stole Blaisea.
- Upojna noc, czy chrapanie Notta? – zagadnął go blondyn z uśmiechem nalewając sobie kawy.
- Zoe Accrington – wymruczał tylko, podnosząc głowę – Mówi Ci to coś?
- Owszem – nachylił się nad nim i uderzył otwartą dłonią w tył jego głowy. Mocno. Chłopak jednak w porę się uchylił, i uderzenie tylko musnęło jego mózgownicę.
- Słaby refleks, Dracusiu – zarechotał złośliwie- A za co w ogóle to było?
- Za twoją głupotę! – warknął – Jesteś idiotą! Jak możesz się tak zachowywać?!
- Jakoś nigdy wcześniej Ci to nie przeszkadzało. – Zabini odezwał się nad podziw spokojnie, lecz w jego głosie było słychać coś niespokojnie przerażającego. Gdy Malfoy nie odezwał się ani słowem zaskoczony postawą przyjaciela, ten po prostu wstał i wyszedł. Kolejna osoba, która mnie opuściła – pomyślał Draco i wzruszył ramionami. – Trudno, poradzę sobie i bez niego.

**********

Obudziła się jako pierwsza. Widząc, że przyjaciółka wciąż śpi, wstała cicho i udała się do toalety, aby zmienić piżamę na swoje ulubione ubranie – dresy i wygodną bluzę. Przy okazji umyła zęby i przeczesała włosy, jednocześnie przyglądając się swojemu odbiciu w lustrze z lekkim żalem. Wyszła z łazienki, a widząc, że Elsa nadal przebywa w Krainie Snów, po cichu wymknęła się z dormitorium, ruszając wprost do Wielkiej Sali. Zamyślona nie odpowiadała nawet na  żadne powitania. Chciała tylko jak najszybciej wziąć trochę jedzenia dla siebie i Elisabeth. Kiedy tylko pojawiła się w jadalni od razu podeszła do swojego stołu i zaczęła nakładać na dwa talerze kanapki i owoce. Nie zwróciła uwagi na osobnika, który właśnie zmierzał  w jej stronę, a kogo nawet nie chciała widzieć na oczy. Ale jak to w życiu bywa, rzadko coś idzie po naszej myśli.
- Cześć piękna – wymruczał do jej ucha nie kto inny jak Blaise Zabini. Odwróciła się napięcie z furią wypisaną na twarzy przez co chłopak aż się cofnął.
- Ty – wywarczała. – Ty gnido. Nie waż się do mnie odzywać.
- Ale co ja Ci zrobiłem? – szczerze zdziwił się brunet.
- Już Ty dobrze wiesz! – krzyknęła na całą salę co zwróciło na nich uwagę wszystkich zgromadzonych. Za to Rose zaczęła przybliżać się niebezpiecznie podchodzić do Blaisea, a ten zaskoczony i trochę przerażony jej furią wycofywał się, aż dotarł do ściany. Widząc to na usta dziewczyny wpłynął triumfujący uśmiech. Szybkim ruchem wyciągnęła różdżkę i przyłożyła do najwrażliwszej części jego ciała. Wspięła się na palce i wyszeptała do jego ucha , tak żeby nikt nie słyszał oprócz niego.
- Zbliż się jeszcze raz do Elsy albo do mnie, a obiecuje, że to – przycisnęła mocniej różdżkę do jego penisa – będzie Ci służyło wyłącznie do czynności fizjologicznej.
Z tymi słowami, odprowadzona przez spojrzenia całej sali, wyszła szybko, wcześniej biorąc jeszcze przygotowane wcześniej talerze. Nie chciała uszkodzić tego gnoja tylko przez złość.
Chłopak zamrugał oczami lekko zdezorientowany. A wrócił tylko po jabłko. Pokręcił głową i zapominając o owocu wyszedł zaraz za nią. Musiał porozmawiać z Anderson jak tylko nadarzy się okazja.

******
Malfoy snuł się po zamku nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Znów myślała o swojej narzeczonej. I co to dużo mówić, cholernie się o nią martwił. Takie znikanie nie było w jej stylu.
A jeśli coś jej się stało? – pomyślał, ale szybko odrzucił ten pomysł. Przecież gdyby tak było to ktoś by go o tym poinformował, prawda? Zatrzymał się na środku korytarza nagle uderzony przez jakąś myśl, nawet nie rejestrując, że przez to wpadł na niego jakiś pierwszoroczny Gryfon. Kto miałby go poinformować, skoro  od momentu ostatnich wydarzeń nikt z nim nie chciał rozmawiać ? Westchnął ciężko i postanowił iść do jedynej osoby u której mógł się czegoś dowiedzieć. Szybkim krokiem udał się pod gabinet zastępcy dyrektora. Lekko zdezorientowany Draco zapukał do drzwi gabinetu McGonagall. Profesor Minerva siedziała za biurkiem, skupiona na poprawianiu czyichś esejów.
- Pani profesor.. Mogę zająć chwilę? – zapytał kulturalnie jak na prawdziwego arystokratę przystało.
- Witam, Panie Malfoy – profesorka podniosła na niego wzrok i wskazała mu miejsce gestem dłoni. – Co Pana do mnie sprowadza?
- Czy.. – zaczął niepewnie – Ja chciałem zapytać, czy wie Pani coś o Hermionie Granger. Coś się stało? – przerwał na chwilę – Nie widuję jej od kilku dni.
- Nagle zorientował się Pan, że coś jest nie tak z pańską… Koleżanką? – prychnęła z sarkastycznym uśmiechem. – Ja nie jestem zobligowana do udzielania takich informacji.
- To kto, jeśli nie Pani? – warknął lekko wkurzony – Jest Pani przecież…
- Ginny Weasley – przerwała mu – Proszę mi teraz wybaczyć, Panie Malfoy, ale mam dużo pracy.
Nawet nie dziękując, szybkim krokiem skierował się do wieży Gryffindoru.

**************

Wkurzona do granic możliwości Rose wpadła jak burza do pokoju i zamknęła z hukiem drzwi.
- Irytujący dupek! – krzyknęła, czym wybawiła z łazienki swoją przyjaciółkę.
- Stało się coś? – zapytała widząc, w jakim jest stanie zdenerwowana dziewczyna.
- Miałam spięcie z Zabinim – powiedziała nieco spokojniej, siadając na swoim łóżku.
Kontynuowała z sarkastycznym uśmiechem, zanim Elisabeth zdążyła cokolwiek odpowiedzieć.
- O mały włos nie stracił jaj, ale biedaczek jeszcze nie wie, że rzuciłam na niego niewerbalne zaklęcie, które spowoduje mu ból przy każdym, nawet najmniejszym podnieceniu.
- Nie powinnaś… - powiedziała tylko cicho. Za cicho.
- Bronisz go? – Rose naprawdę się zdziwiła odkładając talerze na swoje biurko.
Anderson pokręciła głową i okryła się kocem.
- Nie bronię go. Po prostu każdy  powinien robić to, na co ma ochotę. Żyjemy w wolnym kraju. – westchnęła. – Nawet po tym, co zrobił… Nie powinnaś się mścić. Jestem wdzięczna, ale… No po prostu nie powinnaś. Zdezorientowana Blade popatrzyła na nią z uniesioną brwią.
- Elsa, powiedz mi, o co naprawdę chodzi. – wstała i podeszła do niej – Boli cię to, że raz się z Tobą przespał i o tobie zapomniał? Że sypia z innymi?
Anderson uniosła głowę i niespokojnie poprawiła się na łóżku. – Nie boli mnie to, że się ze mną przespał i mnie zostawił. Tak się zdarza… Po prostu najgorsze jest to, że zostawił we mnie pamiątkę… - jej oczy znów się zaszkliły – I po pewnym czasie będzie to widać, więc nawet on to zauważy… Nie chcę tego…
Słysząc rozpacz w jej głosie, szatynka przytuliła ją mocno do siebie.
- Pamiętaj, że nie jesteś z tym sama… Obiecuję, że więcej nie pozwolę Cię skrzywdzić – wyszeptała jej do ucha i pocałowała w czoło. – A Zabinim się nie przejmuj. Od teraz zawsze będziemy chodzić razem, i jeśli tylko się do nas zbliży to gorzko tego pożałuje.
Druga Ślizgonka tylko pokiwała głową, ale po jej policzkach potoczyły się dwie wielkie łzy.  Nie chcąc widzieć załamującej się po raz kolejny przyjaciółki, Rosalin wpadła na pomysł. Wstała, ciągnąc ją za sobą.
- Chodź, idziemy się przejść i może zorganizujemy sobie jakiś mini piknik nad jeziorem? – uśmiechnęła się do niej szczerze.  Anderson podniosła na nią zrozpaczony wzrok i pokręciła głową.
- Nie chce.. Co jeśli spotkamy Zabiniego? – w jej głosie słychać było lekkie przerażenie.
Rose westchnęła i przypatrzyła się jej uważnie.
- Więc masz zamiar się ukrywać do końca świata przed tym dupkiem? – widząc jej zmieszanie postanowiła uderzyć w jej czułą strunę. – Więc wielka Pani Anderson się boi? Gdzie Twoja tak wielce zachwalana przez Ciebie odwaga?
Elsa poderwała głowę, a Rose uśmiechnęła się widząc, że udało się jej osiągnąć zamierzony efekt, bo tym razem zamiast rozpaczy w oczach przyjaciółki ujrzała zdenerwowanie.
- O nie, nie będziesz mówić, że się boję – lotem błyskawicy szybko się przebrała, poganiając przy tym swoją przyjaciółkę i po 10 minutach obie panie, w dużo lepszych nastrojach udały się na spacer połączony z piknikiem.

********
W końcu dotarł do Wieży Griffindoru. Jednak zanim zdążył choćby trochę odetchnąć, Gruba Dama zabrała głos.
- Podaj hasło – młody Malfoy zaklął pod nosem. Przecież nie znał zasranego hasła do tej pieprzonej wieży. W końcu Hermiona miała własne dormitorium z racji bycia Perfektem Naczelnym.
Blondyn wziął głębszy oddech, poprawił włosy i uśmiechnął się zniewalająco do obrazu. W myślach jednak krzywił się z obrzydzenia. Ale czego się nie robi dla zdobycia informacji.
- A nie wpuści mnie piękna pani bez podania hasła? – rzucił swoje uwodzące spojrzenie, na co Gruba Dama zarumieniła się (na tyle na ile obraz może się zrumienić –przypis autora) i zachichotała.
- No nie wiem, nie wiem. Nie powinnam wpuszczać osób nieznających hasła.
- Obiecuję, że nikt się o tym nie dowie. – przyrzekł uroczyście Draco i nawet położył sobie dłoń na sercu używając całego swojego uroku. Gruba Dama znów zachichotała i poprawiła sobie włosy.
- No dobrze, niech będzie – powiedziała odsłaniając przejście. Z uśmiechem zwycięstwa wszedł do środka. Dobrze być przystojnym – pomyślał rozglądając się za szukaną rudowłosą osobę. Prychnął zirytowany widząc, jak znaczna większość Gryfonów spędza swój czas wolny na naukę. Ale to nie było celem jego wizyty.
- Malfoy! – usłyszał syk za swoimi plecami i już wiedział, że ją znalazł.
- Weasley – odwrócił się w jej strone i zanim ta zdążyła cokolwiek powiedzieć, ujął ją pod ramię i poprowadził w stronę wyjścia. Kiedy tylko znaleźli się na pustych schodach, a Ruda wyrwała mu się i wymierzyła siarczysty policzek, nawet nie drgnął. Wiedział, że mu się należało.
- Jesteś największym idiotą jaki kiedykolwiek chodził po tym świecie! – krzyczała prosto w jego twarz popychając go coraz mocniej. – Zamieniłeś mózg na kutasa?! Jak mogłeś powiedzieć jej coś takiego?! Trzeba było wcześniej pomyśleć o eliksirze, a nie mówić jej, żeby usunęła wasze dziecko! Wiesz, jak ją zraniłeś?!
Draco, mając dość krzyków Rudej po prostu zatkał jej usta dłonią i wściekły przyparł ją do muru.
- Słuchaj Weasley. To sprawa pomiędzy nią a mną. Nie wpieprzaj się w sprawy, które Ciebie nie dotyczą. Powiedz mi tylko, gdzie ona jest, a ja wszystko załatwię. – Ginny patrzyła mu się wyzywająco w oczy i zrobiła coś, co zrobiłaby każda kobieta w takiej sytuacji. Po prostu kopnęła go prosto w jaja. Zduszony okrzyk wydarł się z gardła Ślizgona, który momentalnie puścił dziewczynę i złapał się za bolące miejsce.
- Czyś Ty kurwa zwariowała?! – zaskrzeczał, nie chcąc dać po sobie poznać jak mocno go zabolało.
- Należało Ci się i doskonale o tym wiesz – zawarczała rudowłosa. – A teraz Ty mnie posłuchaj. Nie powiem Ci gdzie jest Hermiona. Musi sobie wszystko poukładać a przebywanie w tym miejscu przypomina jej o rzeczach, o których nie chciałaby pamiętać. Myślisz, że ona była zadowolona z ciąży? – patrzyła prosto w oczy chłopaka. – Oświecę Cię. Była przerażona. Cholernie bała się tego jak sobie poradzicie, bo nie brała pod uwagę tego, że Ty się zachowasz tak, jak się zachowałeś. Teraz została z tym wszystkim sama. Bo Ty, Malfoy, zachowałeś się jak najgorszy sukinsyn.
Draco z każdym słowem Ginny zapadał się coraz bardziej w sobie. Nie pomyślał o tym, jak czuła się jego ukochana. Przecież ona również musiała się bać. To dla nich zupełnie nowa sytuacja. Nie zabezpieczyli się odpowiednio i teraz muszą ponieść tego konsekwencję. On musi ponieść konsekwencję swoich czynów. Był zły sam na siebie , jednocześnie żałując, że zachował się jak ostatni dupek. Ginny w milczeniu przypatrywała się emocjom malującym się na twarzy chłopaka. Widziała jak powoli dochodzi do niego wszystko co mu powiedziała. Po kilku minutach chłopak podniósł na nią wzrok pełen smutku, ale i determinacji.
- Słuchaj, wiem, że spieprzyłem, ale chce to wszystko odkręcić. Chcę tego dziecka. Chociaż jestem cholernie przerażony, to nie pozwolę, żeby ktoś skrzywdził dziecko albo Mionę – przeczesał ręką włosy. – Wiem, że to ja ją w tej chwili najbardziej skrzywdziłem. Nie zasłużyła na to, żeby zostać odtrąconą w takim momencie. Powinienem być dla niej oparciem, a nie balastem. – Spojrzał na nią błagalnie. – Dlatego proszę Cię Weasley, powiedz mi gdzie ona jest. Wariuję już od tej niewiedzy.
Ginny westchnęła widząc, że głupek w końcu zrozumiał swoje idiotyczne zachowanie.
- Powiem Ci, gdzie jest, ale skrzywdź ją jeszcze raz, a obiecuję, że gorzko tego pożałujesz – chłopak pokiwał szybko głową. – Jest u swoich rodziców.
Jak tylko usłyszał, gdzie ona jest, spontanicznie przytulił Rudą.
-Dziękuję! – zanim Ginny zdążyła wyjść z szoku, Draco biegł już do swojego Opiekuna Domu, aby pozwolił mu na małą wycieczkę do Londynu. 

*******
Po skończonym spacerze i pikniku nad jeziorem Rose i Elsa zaszyły się w dormitorium, aby napisać esej na transmutację.
- Rose, rzucisz proszę okiem na ten esej? – Elisabeth zajadając się czekoladą po brzegi wypchaną orzechami laskowymi siedziała po turecku na łóżku skupiając wzrok na jednym z rysunków pomocniczych znajdujących się w książce.
- Co? – podniosła na nią zamyślone spojrzenie, aż w końcu dotarło do niej co mówiła do niej przyjaciółka.  – Um.. Tak, jasne, nie ma sprawy.
Dziewczyna zarumieniła się ogniście, przeczuwając, że zaraz zaczną się pytania. Doskonale znała Anderson. Czasem nawet potrafiła być nią i dokładnie przewidzieć co zrobi. Tak było i tym razem.
- Opowiedz mi – szatynka wstała z łóżka rozsiewając po całym dormitorium zapach czekolady. – Czy to coś poważnego? Twoja relacja z Theodorem.. Co jest między wami?
Rosaline przełknęła ślinę i zamyśliła się. Czy można nazwać to czymś poważnym? Raczej jeszcze nie. Póki co to kolega. Taki trochę fajniejszy niż inni. Chociaż? Może to coś więcej? Zaprosiła go na święta. Co prawda było to bardzo spontaniczne zaproszenie, ale jednak coś ją musiało do tego pchnąć. Właśnie! Przecież Elsa nic o tym nie wie! Uśmiechnęła się do siebie. Ale się zdziwi jak tylko…
- Halo! Żyjesz jeszcze? Bo minę masz taką jakbyś umarła i trafiła do nieba, albo co najmniej Dumbledore nagle oznajmił, że od dziś dzielić dormitorium z Nottem – zachichotała.
- Wcale nie! – parsknęła oburzona. Anderson zacmokała z wrednym uśmiechem.
- Ojoj, coś Ci nie wierzę. Znam każdą Twoją minę, a ta mi mówi, że coś jest na rzeczy.
- No dobra, ale nie uznasz mnie za wariatkę, jak Ci powiem?
- Istnieje takie ryzyko. Ale dlaczego miałabym Cię uznać za wariatkę? – Anderson była już wyraźnie zaciekawiona.
- Booo… Wiesz… Ja… - podrapała się po nosie i wzięła głęboki oddech. – Zaprosiłam Theo do siebie na święta.
Jedzona przez Elsę czekolada wylądowała na podłodze, a ona sama w szoku wpatrywała się w swoją przyjaciółkę.
- Co zrobiłaś?! Jak to zaprosiłaś go na święta?! – Rose westchnęła.
- Kiedy wracaliśmy z Hogsmeade zauważyłam stary, rozpadający się domek. Theo powiedział, że tam straszy. Znasz moją reakcję na tego typu rzeczy. Przeraziłam się i szybko przytuliłam do niego. Ale on.. – zacięła się chwilę. – On nie umie się przytulać Elsa.. I powiedział mi dlaczego.. – popatrzyła smutno na nią. – On stracił rodziców.. Voldemort ich zabił.. To tak, jakby stracił wszystkie uczucia wraz ze śmiercią swoich bliskich.
Szatynka słuchała jej uważnie i powoli zaczynała ją rozumieć. Gołym okiem było widać, że zielonookiej zależy na tym chłopaku. A dodatkowo miała bardzo miękkie serce. Podniosła resztki czekolady i wrzuciła ją do kosza, a następnie siadła obok Blade.
- Wiesz, myślałam, że spędzimy święta razem.. – oparła głowę o bark przyjaciółki. – Ostatnio mamy strasznie mało czasu dla siebie. Ale rozumiem Twoje postępowanie. Mimo, że nie przepadam za tym chłopakiem, to widzę, że Tobie na nim zależy – uśmiechnęła się do niej. – Zawsze miałaś dobre serducho i mam nadzieję, że nikt nigdy Ci go nie złamie.
Brunetka przytuliła ją mocno i pocałowała w policzek.
- Jesteś najlepszą siostrą na świecie i obiecuję, że znajdę dla Ciebie czas nawet jeśli Theo będzie u mnie – nagle coś sobie uświadomiła. – Cholera! Miałam napisać do rodziców i się zapytać czy nie mają nic przeciwko dodatkowemu gościowi! – Zerwała się z miejsca, siadła do biurka i szybko zaczęła pisać krótki list do rodziców. Elisabeth parsknęła śmiechem i położyła się na łóżku.
- Jak skończysz, to sprawdź mi ten esej, bo jutro trzeba go oddać, a Ty jesteś dużo lepsza z transmutacji niż ja. – Rose mruknęła coś tylko w odpowiedzi i po minucie już wybiegła, aby wysłać list. Elsa za to zawołała skrzata i poprosiła o coś do jedzenia. Ostatnio zrobiła się bardziej głodna niż zazwyczaj. Ale przecież doskonale wiedziała dlaczego. Położyła dłoń na brzuchu. Chciała być mamą. Ale nie sądziła, że zostanie nią tak szybko i to dodatkowo samotną. Bo wątpiła w to, że Blaise będzie chciał znać dziecko. Zdecydowała, że powie mu o dzieciaczku po przerwie świątecznej. Tylko musi się zastanowić co powie. Jej rozmyślania przerwał skrzat, który przyniósł jej sałatkę i kanapki jak prosiła. Podziękowała mu i nie chcąc więcej myśleć o przyszłości zabrała się za kolejny esej, tym razem z OPCM. Po chwili już była pochłonięta pracą.

*****

Blaise włóczył się bez celu po zamku. Nie miał co robić. Draco nie widział od śniadania, a Theo jak zwykle gdzieś wywiało. Nieświadomie skierował swoje kroki ku wyjściu. Tak naprawdę uciekał przed pewną krukonką, z którą ostatni był widywany. Zaliczył ją ostatnio i nie miał już ochoty z nią przebywać. A ta idiotka chyba nie zrozumiała słów „to koniec”, bo wciąż za nim łaziła i błagała o kolejną szanse. Prychnął wkurzony. Jakby nie znała jego reputacji. Zaliczył już połowę panienek w tym zamku i z żadną nie był w związku. To powinno dać jej odpowiedź. Jego myśli skierowały się ku innej dziewczynie. Elisabeth Anderson. Ciężko było mu to przyznać przed samym sobą, ale ta dziewczyna go intrygowała. Odkąd się pojawiła cały czas się ze sobą kłócili. Po wydarzeniach z Nottem i ich wspólnej nocy, stosunki pomiędzy nimi uległy zmianie. Dziewczyna już nie walczyła z nim tak zapalczywie. A w ostatnim czasie w ogóle go unikała bądź wszędzie pokazywała się ze swoją przyjaciółką. To było dziwne. Z wyszczekanej i odważnej dziewczyny stała się niemal szarą myszką. Nie widywał jej nigdzie poza posiłkami i lekcjami. Zaszyła się w swoim dormitorium jak w jakiejś jaskini. Zmarszczył brwi. A odkąd on przejmuje się kimś takim jak Anderson? Znów prychnął i starał się myśleć o czymś innym, ale obraz dziewczyny powracał do niego jak bumerang. Przypomniał sobie jak wyglądała, kiedy zemdlała. Była taka blada i bez życia. Był ciekaw, o jej dolegało, ale jego duma nie pozwalała mu o to zapytać. Pewnie to nie było nic takiego. Chociaż ostatnio zauważył, że dziewczyna jakby jest bardziej przygaszona i wycofana. Pokręcił tylko głową i udał się nad jezioro. Lubił tu przychodzić. Stanął tuż przy brzegu i nagle poczuł potrzebę zobaczenia się z Anderson. Jednakże po chwili uznał to za pomysł całkowicie idiotyczny. Bo co miałby jej niby powiedzieć? „Hej mała, co u Ciebie?” Parsknął cicho współczując samemu sobie za tak powalone pomysły. Gdzie podziewa się jego ślizgońska duma? Ego? Też chyba wzięły urlop. Za to neurony odpowiedzialne za myśli o Anderson zaczęły brać nadgodziny.
- Nad czym się zastanawiasz? – dobiegł go cichy głos od strony drzewa. Lata służby u Voldemorta sprawiły, że Blaise zadziałał instynktownie. Zanim pomyślał stał już z wyciągniętą różdżką skierowaną w stronę potencjalnego zagrożenia. Wtem jego wzrok padł na osobę stojącą pod drzewem.
- Theo? – zdziwił się, powoli chowając różdżkę. – Możesz się tak nie zakradać?
Chłopak tylko popatrzył się na niego z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
- Pewnych nawyków nie da się zapomnieć, co? – zapytał, nawiązując do reakcji przyjaciela. Blaise wzruszył ramionami i odwrócił się znów stronę jeziora.
- Może kiedyś zapomnimy.
Pomiędzy nimi zaległa cisza przerywana jedynie odgłosami pluskania wody. W końcu przedłużającą się ciszę przerwał czarnowłosy.
- To powiesz mi o czym myślałeś?
- O niczym ważnym.
- No ja bym nie powiedział. Miałeś minę jakbyś myślał o czymś nad wyraz przyjemnym.
Blaise rzucił Theo wściekłe spojrzenie i zobaczył nikły uśmiech na jego twarzy. „Chyba w końcu wraca powoli do życia” – pomyślał chłopak. Już nie pamiętał kiedy ostatnio Nott się uśmiechał. To było chyba jeszcze przed powrotem Voldemorta. Później służba, śmierć rodziców, wojna, zdrada Pansy i próba samobójcza. Domyślał się, dzięki komu w chłopaku nastawała zmiana na lepsze. Widział jak czarnooki wodził wzrokiem za pewną dziewczyną z ich domu. Nie przepadał za Rose, ale był jej niezmiernie wdzięczny za pomoc Theodorowi. Westchnął cicho.
- Myślałem o Anderson. Zmieniła się ostatnio. – wydął wargi i powiedział niemal jak dziecko. – Już nie chce się ze mną kłócić.
Theo parsknął i dołączył do przyjaciela.
- Widocznie w końcu zrozumiała, że z idiotą nigdy nie wygra. – za to stwierdzenie Blaise chciał strzelić go w głowę, ale on zrobił unik i stanął tym razem w bezpiecznej odległości. – Przecież żartowałem. A tak serio to jak ją widziałem kilka dni temu to nie wyglądała najlepiej. Rosalin mówiła, że od tygodnia męczyły ją wymioty i ogólne osłabienie, ale ostatnio chyba jej się poprawiło. – podrapał się po głowie i spojrzał na przyjaciela. – A co Cię wzięło  na myślenie o niej?
Blaise puknął się w czoło. – Ten organ zdecydował za mnie bez mojej wiedzy. I ilekroć staram się zmienić mój tok myśli to ona wraca niczym bumerang. To jest wkurzające.
- Idź z nią porozmawiać to może przestanie Cię nawiedzać. – wzruszył ramionami z schował ręce do kieszeni.
- Ciebie chyba już totalnie pojebało! – krzyknął Blaise. – Nie mam zamiaru rozmawiać z tą dziewczyną. Znasz przecież moją zasadę: raz zaliczona zostaje przeze mnie odpuszczona i odhaczona.
- Jak tam chcesz. – zaczął odchodzić. – Ja wracam do zamku, jest cholernie zimno.
Chcąc nie chcąc brunet powlókł się za nim. Nagle coś sobie uświadomił.
- A co Ty tak w ogóle tutaj robiłeś? – zainteresował się.
- Myślałem. – Blaise prychnął. Jemu każe się spowiadać, a sam odpowiada monosylabami? O nie, tak to nie będzie.
- A można wiedzieć o czym? – Theo westchnął. Chyba nie uda mu się uciec od przesłuchania.
- Myślałem przerwie świątecznej. Zostałem.. Zostałem przez kogoś zaproszony na święta i zastanawiam się, czy to aby na pewno dobry pomysł.
- Kto Cię zaprosił? – poziom zainteresowania Zabiniego wzrósł gwałtownie. Przyjaciel jednak uparcie milczał i patrzył pod nogi. Nagle do jego głowy wpadł ten ktoś.
- Nie.. Nie mów mi tylko, że jedziesz na święta do Blade! – Nott skinął głową ledwo zauważalnie, a Blaise aż przystanął. – Ty chyba żartujesz! Przecież możesz przyjechać do mnie albo nawet i do Draco. Dlaczego akurat do niej?! – nie mógł tego pojąć. Rozumiał zainteresowanie dziewczyną, bo powiedzmy szczerze była niczego sobie, ale żeby zaraz jechać do niej na święta?! Przecież to prawie jak zaręczyny! Pozna jej rodziców, będzie z nimi przebywał. No nie. Jego rozmyślania nad głupotą przyjaciela przerwał cichy głos czarnowłosego.
- Uratowała mnie.
- To kup jej jakąś błyskotkę i podziękuj, a nie pakuj się w wspólne święta!
Theo zamyślił się. Byli coraz bliżej wejścia, a co za tym idzie było coraz więcej ludzi. Obaj nie zauważyli, że od dłużej chwili ktoś idzie za nimi i podsłuchuje ich rozmowę.
- Może to nie jest taki głupi pomysł – odezwał się w końcu chłopak.
- No mówię Ci stary, to będzie najlepsze wyjście – Blaise klepnął go po plecach. Wtem za ich plecami dał się słyszeć wściekły głos.
- Trzeba było o tym wcześniej pomyśleć, a nie w momencie jak wysłałam sowę do rodziców. – obaj odwrócili się napięcie i stanęli oko w oko ze złą Blade. Podeszła do nich powoli.
- Na drugi raz zastanów się Nott, czego naprawdę chcesz. Daj mi odpowiedź do jutra rana czy ze mną jedziesz, czy nie.
Minęła ich i kiedy miała już wejść do zamku zatrzymała się i rzuciła cicho przez ramię: - I nawet nie waż się kupować mi jakiejś błyskotki. Ja nie jestem na sprzedaż. – po tych słowach szybkim krokiem znalazła się w zamku.
Obaj chłopcy stali jak wmurowani. W końcu głos zabrał brunet.
- Chyba masz trochę przechlapane Theo.
- Zamknij się Diable. – warknął wkurwiony. – Następnym razem zachowaj swoje zajebiste pomysły dla siebie. – na granicy wybuchu wpadł do zamku zostawiając przyjaciela samego.
No i znowu moja wina – pomyślał i ze skwaszoną miną poszedł w ślady pozostałej dwójki.

******

Ze łzami w oczach przemierzała korytarz chcąc jak najszybciej znaleźć się w swoim dormitorium. Nagle ktoś złapał ją za ramię.
- Hej.. Blade? – zapytał nieśmiało Longbottom. – Wszystko w porządku? Nie wyglądasz najlepiej..
Dziewczyna pokręciła tylko głową nie patrząc mu w oczy.
- Nic mi nie jest – jej głos był bardziej żałosny niż przypuszczała. Nie chcąc pogarszać swojej sytuacji, po prostu odeszła zostawiając Neville’a samego pośrodku korytarza.

********

Severus Snape, jak głosiła powszechna opinia, był wiecznie niezadowolonym z życia pesymistą, który zrobiłby wszystko dla swojego chrześniaka, którym był nie kto inny jak sam Draco Malfoy. I właśnie w tym momencie zastanawiał się jakim cudem był chrzestno ojcem tego chłopaka siedzącego przed nim. Patrzył na niego w milczeniu, co dodatkowo powodowało u chłopaka wzrost irytacji.
- Powiesz coś w końcu, czy będziesz tak siedział i patrzył na mnie, wuju? – zapytał w końcu, nie mogąc znieść tego wzroku i ciszy.
- Czy Ty zamieniłeś się na mózgi z Weasleyem? – zapytał w końcu, ściskając nasadę nosa. Blondyn zacisnął usta, ale zanim się odezwał, Snape kontynuował swój wywód. – Przychodzisz do mnie, a raczej wpadasz do gabinetu bez pukania i od progu, prosisz, nie, raczej żądasz abym dał Ci zezwolenie na opuszczenie Hogwartu. Jednocześnie nie chcesz mi wyjawić powodu. Dobrze zrozumiałem?
- Tak – odpowiedział z mocą pewny, że zaraz dostanie zgodę. Severus spojrzał jeszcze raz na swojego trzymańca.
- Nie zgadzam się – odparł chłodno profesor i jak gdyby nigdy nic wrócił do sprawdzania esejów.
- Co?! – Draco zerwał się na równe nogi. – Dlaczego nie?!
- Bo nie widzę powodu, aby Ci takowe pozwolenie wystawiać. Chyba, że mi powiesz o co tak naprawdę chodzi.
Malfoy podszedł do barku i nalał sobie szklaneczkę Ognistej. Musiał się zastanowić, czy powiedzieć wujowi prawdę. Z jednej strony nie chciał mówić mu co tu robi, ale z drugiej strony Snape był dla niego jak ojciec. Po kilku minutach walki samym z sobą usiadł na krześle przed biurkiem i opowiedział całą historię. O ciąży Hermiony, o jego reakcji, o zniknięciu narzeczonej i chęci naprawienia przez młodego win. Czarnowłosy słuchał tego w milczeniu, ale w jego oczach błyszczał gniew na chrześniaka. On zdecydowanie nie może być jego wujem. Przecież ten chłopak nie ma za grosz rozumu.
- Jesteś skończonym kretynem – wściekle wysyczał Snape. – Zanim Twoja matka Cię urodziła kilka razy poroniła. Byłeś jej oczekiwanym dzieckiem. A Ty każesz swojej NARZECZONEJ usuwać ciążę? – wstał i zaczął krążyć po gabinecie. – Ja rozumiem, że mogłeś się wystraszyć zostania w tak młodym wieku ojcem, ale żeby zrobić coś takiego? – odwrócił się do niego. – Odpowiedz mi na jedno pytanie. Czy Ty na pewno chcesz założyć akurat z Granger rodzinę?
Malfoy z oburzenia wciągnął aż powietrze.
- Oczywiście, że chce. Tylko.. Jej ciąża była dla mnie zaskoczeniem. Nigdy nie rozmawialiśmy o dziecku. Wydawało mi się, że mamy jeszcze dużo czasu.
- Bo uprawianie seksu wcale nie niesie ryzyka poczęcia – zakpił. – Czy Ty aby na pewno masz 17 lat?
Na policzki blondyna wpłynął rumieniec wstydu. Nigdy tak naprawdę o tym nie myślał. Wiedział, skąd się biorą dzieci, ale sądził, że eliksir antykoncepcyjny i uważanie w zupełności wystarczy.
Czarnowłosy widząc rozważania młodszego mężczyzny ponownie usiadł na swoim miejscu.
- Posłuchaj mnie Draco – zaczął. – Wiem, że się boisz. To normalne. Jednak pamiętaj, że nie jesteś z tym sam. Masz swoją matkę, mnie, czy przyjaciół. My wam zawsze pomożemy. – wręczył mu kartkę. – Dlatego masz tutaj pozwolenie na opuszczenie Hogwartu i zwolnienie ze wszystkich zajęć do przerwy świątecznej. Idź i wyjaśnij wszystko z Granger.
Chłopak wziął kartkę i podniósł na wuja wdzięczny wzrok.
- Dziękuję.. Naprawdę.. – wstał i szybkim krokiem skierował się do drzwi. Jednak zanim wyszedł odwrócił się jeszcze w jego stronę. – I obiecuję, że wszystko z nią wyjaśnię. – po tych słowach opuścił gabinet.
Severus uśmiechnął się pod nosem do samego siebie. Może lepiej byłoby to nazwać lekkim uniesieniem  kącików ust. Przecież postrach Hogwartu się nie uśmiecha.
- Może jeszcze coś wyrośnie z tego chłopaka – mruknął pod nosem i wrócił do sprawdzania esejów.

*******

Nie minęła godzina odkąd Severus dał mu pozwolenie na opuszczenie Hogwartu, kiedy pojawił się z nikąd przed drzwiami niezbyt dużego, ale uroczego domku państwa Granger. Wziął głęboki oddech i zapukał. Domyślał się, co go czeka. Na pewno nic miłego.
- Czego tu szukasz? – za jego plecami odezwał się wyraźnie wściekły głos pana Grangera. Draco obrócił się na pięcie, aby zmierzyć się ze swoim niedoszłym teściem. Oczywiście, nie miał zamiaru mu się tłumaczyć. Ale jakoś sytuację musiał wyjaśnić, bo staruszek gotów nie wpuścić go do domu. A wejść musiał.
- Pan Granger – skinął mu lekko głową. – Przyszedłem do Hermiony. Muszę z nią porozmawiać. To bardzo ważne.
- Ty chcesz z nią porozmawiać? Po tym co jej zrobiłeś? – Jej tata zacisnął dłonie. – Lepiej odejdź stąd chłopcze zanim zupełnie stracę kontrolę i pokiereszuje tą Twoją arystokratyczną buźkę. – był zły. Przez tego chłoptasia jego mała córeczka wypłakuje sobie od kilku dni oczy. Nie ujdzie mu to na sucho.
- Proszę wybaczyć, ale to sprawa pomiędzy mną a Hermioną i tylko jej się będę tłumaczył – odparł zimno.
- Ty.. – nie skończył, bo drzwi od domu się otworzyły. Blondyn odwrócił się szybko i stanął oko w oko ze swoją narzeczoną. A to co zobaczył go przeraziło. Blada twarz, opuchnięte i czerwone oczy i potargane włosy.
- Maleńka.. – wyszeptał.
- Draco? – zdziwienie na jej twarzy szybko zamieniło się w ból. – Co Ty tu robisz?
- Ja..- po praz pierwszy w życiu nie wiedział jak i co powiedzieć. – Przyszedłem z Tobą porozmawiać.
- Powiedziałeś już chyba wszystko co było do powiedzenia. – odwróciła się z zamiarem odejścia.
- Nie, poczekaj, proszę – w jego głosie zabrzmiało błaganie. – Proszę, ja muszę Ci to wytłumaczyć.. Nie daruję sobie jak Cię stracę..
Hermiona zawahała się. Z jednej strony chciała go wysłuchać, ale z drugiej.. P chwili walki z sobą w końcu lekko skinęła głową.
- Dobrze, porozmawiajmy – nie czekając weszła do domu i od razu podążyła w stronę swojego pokoju. Chłopak szedł za nią. Starał się przypomnieć chociaż jedno przemówienie, które wcześniej ułożył, ale miał pustkę. W najważniejszym momencie jego mózg postanowił zrobić sobie przerwę. Kiedy znaleźli się w jej pokoju sytuacja pomiędzy nimi stała się niezręczna. Draco gorączkowo starał się jakoś rozpocząć rozmowę, ale nic sensownego nie przychodziło mu do głowy. Za to Hermiona nie mogąc znieść takiej atmosfery podeszła do okna i powoli zaczęła mówić.
- Zawiodłeś mnie jak nikt nigdy w moim życiu.. Myślałam, że się ucieszysz chociaż trochę z racji zostania ojcem.. Wiem, że to był szok. Ale wierz mi, nie tylko dla Ciebie.. Przecież uważaliśmy.. Ale stało się i się nie odstanie. – odwróciła się w jego stronę a po jej twarzy płynęły łzy. – Więc jeśli przyszedłeś przekonywać mnie do usunięcia ciąży to możesz sobie iść. Nie usunę go chociaż miałabym Cię stracić – z czułością dotknęła swojego lekko zarysowanego brzucha. - Ta Kruszynka to nasz.. moje dziecko.
Chłopak słuchał jej w milczeniu, a jego serce przepełniał ból. Dlaczego musi być takim kretynem? Podszedł do niej i położył swoją dłoń na jej.
- Nie chcę, żebyś usuwała ciążę. Wiem, że zachowałem się jak ostatni sukinsyn, ale byłem przerażony.. Nie byłem gotowy na dziecko i zapewne wciąż nie jestem gotów – uśmiechnął się blado. – Przeraża mnie myśl, że mogę być takim samym ojcem jakim był dla mnie Lucjusz. Dlatego tak zareagowałem. – westchnął i spojrzał jej w oczy. – Kocham Cię najbardziej na świecie. Tylko dzięki Tobie jeszcze się nie załamałem. Jeśli Cię stracę.. Ciebie lub to maleństwo to tego nie zniosę. Chcę stworzyć z Tobą rodzinę, jakiej sam nie miałem. Ale to musisz być Ty. Nikt inny. Dlatego Hermiono Granger proszę Cię o jeszcze jedną szansę.
Dziewczyna patrzyła na niego w milczeniu. Po raz pierwszy aż tak się przed nią odsłonił, powiedział, czego się boi. Rozumiała go, jednak bała się. Co jeśli przy następnych problemach postąpi tak samo i zostawi ją samą? Musiała to przemyśleć.
- Zrozumiałam, dlaczego tak postąpiłeś.. Tylko nie wiem, czy ja chcę tego samego co Ty. – odsunęła się od niego. – Chyba będzie lepiej jak wyjdziesz.

******
Po bezsennej nocy, Rose zwlekła się z łóżka i poczłapała do łazienki. Elsa jeszcze spała, ale to tym lepiej dla niej i dla dziecka. W końcu pół nocy wymyślała w jaki sposób pozbędzie się Theodora z tego świata. Spojrzała w lustro i skrzywiła się. Wyglądała okropnie. Czarne cienie pod oczami, które były opuchnięte, siano na głowie. I pomyśleć, że to wszystko przez jednego chłopaka. Rozebrała się i wzięła szybki prysznic, który trochę pobudził jej zmęczony umysł i ciało. Ubrała się w przygotowany wcześniej strój i weszła do pokoju. Wszędzie walało się pełno chusteczek. Jednym machnięciem różdżki posprzątała bałagan i dopiero wtedy zobaczyła na biurku liścik, który leżał obok jednego, czerwonego tulipana. Zdziwiona podeszła i wzięła do ręki kartkę. Po przeczytaniu na jej twarzy wykwitł szeroki uśmiech, a zmęczenie odeszło w niepamięć.

„ Z wielką chęcią pojadę z Tobą do Twoich rodziców.
Przepraszam za wczoraj i za głupie pomysły Zabiniego.
T.N.”


*********
Drodzy Czytelnicy,
Wróciłam. Po długiej nieobecności, ale wreszcie rozdział jest. Tak jak napisałam na początku, blog zostanie dokończony. Nie wiem ile czasu mi to zajmie. Nie obiecuje, że kolejny rozdział pojawi się szybko, ale postanowiłam w końcu wziąć sprawy w swoje ręce i zacząć organizować sobie czas tak, abym miała również chociaż chwilę na pisanie kolejnego rozdziału.
Mam nadzieję, że rozdział przypadł Wam do gustu.
Trzymajcie  się ciepło.
Wasza SEL <3