czwartek, 17 maja 2018

Rozdział 6.


Draco omiótł wzrokiem Wielką Salę po raz kolejny i nadal nie zauważył nigdzie Hermiony. Co się z nią dzieje do cholery? – pomyślał lekko zdenerwowany. To już czwarty dzień, kiedy nie widuje jej na posiłkach. Postanowił zająć się tym nieco później. Teraz ważniejszy był jego pusty żołądek. Zajął miejsce obok przysypiającego na stole Blaisea.
- Upojna noc, czy chrapanie Notta? – zagadnął go blondyn z uśmiechem nalewając sobie kawy.
- Zoe Accrington – wymruczał tylko, podnosząc głowę – Mówi Ci to coś?
- Owszem – nachylił się nad nim i uderzył otwartą dłonią w tył jego głowy. Mocno. Chłopak jednak w porę się uchylił, i uderzenie tylko musnęło jego mózgownicę.
- Słaby refleks, Dracusiu – zarechotał złośliwie- A za co w ogóle to było?
- Za twoją głupotę! – warknął – Jesteś idiotą! Jak możesz się tak zachowywać?!
- Jakoś nigdy wcześniej Ci to nie przeszkadzało. – Zabini odezwał się nad podziw spokojnie, lecz w jego głosie było słychać coś niespokojnie przerażającego. Gdy Malfoy nie odezwał się ani słowem zaskoczony postawą przyjaciela, ten po prostu wstał i wyszedł. Kolejna osoba, która mnie opuściła – pomyślał Draco i wzruszył ramionami. – Trudno, poradzę sobie i bez niego.

**********

Obudziła się jako pierwsza. Widząc, że przyjaciółka wciąż śpi, wstała cicho i udała się do toalety, aby zmienić piżamę na swoje ulubione ubranie – dresy i wygodną bluzę. Przy okazji umyła zęby i przeczesała włosy, jednocześnie przyglądając się swojemu odbiciu w lustrze z lekkim żalem. Wyszła z łazienki, a widząc, że Elsa nadal przebywa w Krainie Snów, po cichu wymknęła się z dormitorium, ruszając wprost do Wielkiej Sali. Zamyślona nie odpowiadała nawet na  żadne powitania. Chciała tylko jak najszybciej wziąć trochę jedzenia dla siebie i Elisabeth. Kiedy tylko pojawiła się w jadalni od razu podeszła do swojego stołu i zaczęła nakładać na dwa talerze kanapki i owoce. Nie zwróciła uwagi na osobnika, który właśnie zmierzał  w jej stronę, a kogo nawet nie chciała widzieć na oczy. Ale jak to w życiu bywa, rzadko coś idzie po naszej myśli.
- Cześć piękna – wymruczał do jej ucha nie kto inny jak Blaise Zabini. Odwróciła się napięcie z furią wypisaną na twarzy przez co chłopak aż się cofnął.
- Ty – wywarczała. – Ty gnido. Nie waż się do mnie odzywać.
- Ale co ja Ci zrobiłem? – szczerze zdziwił się brunet.
- Już Ty dobrze wiesz! – krzyknęła na całą salę co zwróciło na nich uwagę wszystkich zgromadzonych. Za to Rose zaczęła przybliżać się niebezpiecznie podchodzić do Blaisea, a ten zaskoczony i trochę przerażony jej furią wycofywał się, aż dotarł do ściany. Widząc to na usta dziewczyny wpłynął triumfujący uśmiech. Szybkim ruchem wyciągnęła różdżkę i przyłożyła do najwrażliwszej części jego ciała. Wspięła się na palce i wyszeptała do jego ucha , tak żeby nikt nie słyszał oprócz niego.
- Zbliż się jeszcze raz do Elsy albo do mnie, a obiecuje, że to – przycisnęła mocniej różdżkę do jego penisa – będzie Ci służyło wyłącznie do czynności fizjologicznej.
Z tymi słowami, odprowadzona przez spojrzenia całej sali, wyszła szybko, wcześniej biorąc jeszcze przygotowane wcześniej talerze. Nie chciała uszkodzić tego gnoja tylko przez złość.
Chłopak zamrugał oczami lekko zdezorientowany. A wrócił tylko po jabłko. Pokręcił głową i zapominając o owocu wyszedł zaraz za nią. Musiał porozmawiać z Anderson jak tylko nadarzy się okazja.

******
Malfoy snuł się po zamku nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Znów myślała o swojej narzeczonej. I co to dużo mówić, cholernie się o nią martwił. Takie znikanie nie było w jej stylu.
A jeśli coś jej się stało? – pomyślał, ale szybko odrzucił ten pomysł. Przecież gdyby tak było to ktoś by go o tym poinformował, prawda? Zatrzymał się na środku korytarza nagle uderzony przez jakąś myśl, nawet nie rejestrując, że przez to wpadł na niego jakiś pierwszoroczny Gryfon. Kto miałby go poinformować, skoro  od momentu ostatnich wydarzeń nikt z nim nie chciał rozmawiać ? Westchnął ciężko i postanowił iść do jedynej osoby u której mógł się czegoś dowiedzieć. Szybkim krokiem udał się pod gabinet zastępcy dyrektora. Lekko zdezorientowany Draco zapukał do drzwi gabinetu McGonagall. Profesor Minerva siedziała za biurkiem, skupiona na poprawianiu czyichś esejów.
- Pani profesor.. Mogę zająć chwilę? – zapytał kulturalnie jak na prawdziwego arystokratę przystało.
- Witam, Panie Malfoy – profesorka podniosła na niego wzrok i wskazała mu miejsce gestem dłoni. – Co Pana do mnie sprowadza?
- Czy.. – zaczął niepewnie – Ja chciałem zapytać, czy wie Pani coś o Hermionie Granger. Coś się stało? – przerwał na chwilę – Nie widuję jej od kilku dni.
- Nagle zorientował się Pan, że coś jest nie tak z pańską… Koleżanką? – prychnęła z sarkastycznym uśmiechem. – Ja nie jestem zobligowana do udzielania takich informacji.
- To kto, jeśli nie Pani? – warknął lekko wkurzony – Jest Pani przecież…
- Ginny Weasley – przerwała mu – Proszę mi teraz wybaczyć, Panie Malfoy, ale mam dużo pracy.
Nawet nie dziękując, szybkim krokiem skierował się do wieży Gryffindoru.

**************

Wkurzona do granic możliwości Rose wpadła jak burza do pokoju i zamknęła z hukiem drzwi.
- Irytujący dupek! – krzyknęła, czym wybawiła z łazienki swoją przyjaciółkę.
- Stało się coś? – zapytała widząc, w jakim jest stanie zdenerwowana dziewczyna.
- Miałam spięcie z Zabinim – powiedziała nieco spokojniej, siadając na swoim łóżku.
Kontynuowała z sarkastycznym uśmiechem, zanim Elisabeth zdążyła cokolwiek odpowiedzieć.
- O mały włos nie stracił jaj, ale biedaczek jeszcze nie wie, że rzuciłam na niego niewerbalne zaklęcie, które spowoduje mu ból przy każdym, nawet najmniejszym podnieceniu.
- Nie powinnaś… - powiedziała tylko cicho. Za cicho.
- Bronisz go? – Rose naprawdę się zdziwiła odkładając talerze na swoje biurko.
Anderson pokręciła głową i okryła się kocem.
- Nie bronię go. Po prostu każdy  powinien robić to, na co ma ochotę. Żyjemy w wolnym kraju. – westchnęła. – Nawet po tym, co zrobił… Nie powinnaś się mścić. Jestem wdzięczna, ale… No po prostu nie powinnaś. Zdezorientowana Blade popatrzyła na nią z uniesioną brwią.
- Elsa, powiedz mi, o co naprawdę chodzi. – wstała i podeszła do niej – Boli cię to, że raz się z Tobą przespał i o tobie zapomniał? Że sypia z innymi?
Anderson uniosła głowę i niespokojnie poprawiła się na łóżku. – Nie boli mnie to, że się ze mną przespał i mnie zostawił. Tak się zdarza… Po prostu najgorsze jest to, że zostawił we mnie pamiątkę… - jej oczy znów się zaszkliły – I po pewnym czasie będzie to widać, więc nawet on to zauważy… Nie chcę tego…
Słysząc rozpacz w jej głosie, szatynka przytuliła ją mocno do siebie.
- Pamiętaj, że nie jesteś z tym sama… Obiecuję, że więcej nie pozwolę Cię skrzywdzić – wyszeptała jej do ucha i pocałowała w czoło. – A Zabinim się nie przejmuj. Od teraz zawsze będziemy chodzić razem, i jeśli tylko się do nas zbliży to gorzko tego pożałuje.
Druga Ślizgonka tylko pokiwała głową, ale po jej policzkach potoczyły się dwie wielkie łzy.  Nie chcąc widzieć załamującej się po raz kolejny przyjaciółki, Rosalin wpadła na pomysł. Wstała, ciągnąc ją za sobą.
- Chodź, idziemy się przejść i może zorganizujemy sobie jakiś mini piknik nad jeziorem? – uśmiechnęła się do niej szczerze.  Anderson podniosła na nią zrozpaczony wzrok i pokręciła głową.
- Nie chce.. Co jeśli spotkamy Zabiniego? – w jej głosie słychać było lekkie przerażenie.
Rose westchnęła i przypatrzyła się jej uważnie.
- Więc masz zamiar się ukrywać do końca świata przed tym dupkiem? – widząc jej zmieszanie postanowiła uderzyć w jej czułą strunę. – Więc wielka Pani Anderson się boi? Gdzie Twoja tak wielce zachwalana przez Ciebie odwaga?
Elsa poderwała głowę, a Rose uśmiechnęła się widząc, że udało się jej osiągnąć zamierzony efekt, bo tym razem zamiast rozpaczy w oczach przyjaciółki ujrzała zdenerwowanie.
- O nie, nie będziesz mówić, że się boję – lotem błyskawicy szybko się przebrała, poganiając przy tym swoją przyjaciółkę i po 10 minutach obie panie, w dużo lepszych nastrojach udały się na spacer połączony z piknikiem.

********
W końcu dotarł do Wieży Griffindoru. Jednak zanim zdążył choćby trochę odetchnąć, Gruba Dama zabrała głos.
- Podaj hasło – młody Malfoy zaklął pod nosem. Przecież nie znał zasranego hasła do tej pieprzonej wieży. W końcu Hermiona miała własne dormitorium z racji bycia Perfektem Naczelnym.
Blondyn wziął głębszy oddech, poprawił włosy i uśmiechnął się zniewalająco do obrazu. W myślach jednak krzywił się z obrzydzenia. Ale czego się nie robi dla zdobycia informacji.
- A nie wpuści mnie piękna pani bez podania hasła? – rzucił swoje uwodzące spojrzenie, na co Gruba Dama zarumieniła się (na tyle na ile obraz może się zrumienić –przypis autora) i zachichotała.
- No nie wiem, nie wiem. Nie powinnam wpuszczać osób nieznających hasła.
- Obiecuję, że nikt się o tym nie dowie. – przyrzekł uroczyście Draco i nawet położył sobie dłoń na sercu używając całego swojego uroku. Gruba Dama znów zachichotała i poprawiła sobie włosy.
- No dobrze, niech będzie – powiedziała odsłaniając przejście. Z uśmiechem zwycięstwa wszedł do środka. Dobrze być przystojnym – pomyślał rozglądając się za szukaną rudowłosą osobę. Prychnął zirytowany widząc, jak znaczna większość Gryfonów spędza swój czas wolny na naukę. Ale to nie było celem jego wizyty.
- Malfoy! – usłyszał syk za swoimi plecami i już wiedział, że ją znalazł.
- Weasley – odwrócił się w jej strone i zanim ta zdążyła cokolwiek powiedzieć, ujął ją pod ramię i poprowadził w stronę wyjścia. Kiedy tylko znaleźli się na pustych schodach, a Ruda wyrwała mu się i wymierzyła siarczysty policzek, nawet nie drgnął. Wiedział, że mu się należało.
- Jesteś największym idiotą jaki kiedykolwiek chodził po tym świecie! – krzyczała prosto w jego twarz popychając go coraz mocniej. – Zamieniłeś mózg na kutasa?! Jak mogłeś powiedzieć jej coś takiego?! Trzeba było wcześniej pomyśleć o eliksirze, a nie mówić jej, żeby usunęła wasze dziecko! Wiesz, jak ją zraniłeś?!
Draco, mając dość krzyków Rudej po prostu zatkał jej usta dłonią i wściekły przyparł ją do muru.
- Słuchaj Weasley. To sprawa pomiędzy nią a mną. Nie wpieprzaj się w sprawy, które Ciebie nie dotyczą. Powiedz mi tylko, gdzie ona jest, a ja wszystko załatwię. – Ginny patrzyła mu się wyzywająco w oczy i zrobiła coś, co zrobiłaby każda kobieta w takiej sytuacji. Po prostu kopnęła go prosto w jaja. Zduszony okrzyk wydarł się z gardła Ślizgona, który momentalnie puścił dziewczynę i złapał się za bolące miejsce.
- Czyś Ty kurwa zwariowała?! – zaskrzeczał, nie chcąc dać po sobie poznać jak mocno go zabolało.
- Należało Ci się i doskonale o tym wiesz – zawarczała rudowłosa. – A teraz Ty mnie posłuchaj. Nie powiem Ci gdzie jest Hermiona. Musi sobie wszystko poukładać a przebywanie w tym miejscu przypomina jej o rzeczach, o których nie chciałaby pamiętać. Myślisz, że ona była zadowolona z ciąży? – patrzyła prosto w oczy chłopaka. – Oświecę Cię. Była przerażona. Cholernie bała się tego jak sobie poradzicie, bo nie brała pod uwagę tego, że Ty się zachowasz tak, jak się zachowałeś. Teraz została z tym wszystkim sama. Bo Ty, Malfoy, zachowałeś się jak najgorszy sukinsyn.
Draco z każdym słowem Ginny zapadał się coraz bardziej w sobie. Nie pomyślał o tym, jak czuła się jego ukochana. Przecież ona również musiała się bać. To dla nich zupełnie nowa sytuacja. Nie zabezpieczyli się odpowiednio i teraz muszą ponieść tego konsekwencję. On musi ponieść konsekwencję swoich czynów. Był zły sam na siebie , jednocześnie żałując, że zachował się jak ostatni dupek. Ginny w milczeniu przypatrywała się emocjom malującym się na twarzy chłopaka. Widziała jak powoli dochodzi do niego wszystko co mu powiedziała. Po kilku minutach chłopak podniósł na nią wzrok pełen smutku, ale i determinacji.
- Słuchaj, wiem, że spieprzyłem, ale chce to wszystko odkręcić. Chcę tego dziecka. Chociaż jestem cholernie przerażony, to nie pozwolę, żeby ktoś skrzywdził dziecko albo Mionę – przeczesał ręką włosy. – Wiem, że to ja ją w tej chwili najbardziej skrzywdziłem. Nie zasłużyła na to, żeby zostać odtrąconą w takim momencie. Powinienem być dla niej oparciem, a nie balastem. – Spojrzał na nią błagalnie. – Dlatego proszę Cię Weasley, powiedz mi gdzie ona jest. Wariuję już od tej niewiedzy.
Ginny westchnęła widząc, że głupek w końcu zrozumiał swoje idiotyczne zachowanie.
- Powiem Ci, gdzie jest, ale skrzywdź ją jeszcze raz, a obiecuję, że gorzko tego pożałujesz – chłopak pokiwał szybko głową. – Jest u swoich rodziców.
Jak tylko usłyszał, gdzie ona jest, spontanicznie przytulił Rudą.
-Dziękuję! – zanim Ginny zdążyła wyjść z szoku, Draco biegł już do swojego Opiekuna Domu, aby pozwolił mu na małą wycieczkę do Londynu. 

*******
Po skończonym spacerze i pikniku nad jeziorem Rose i Elsa zaszyły się w dormitorium, aby napisać esej na transmutację.
- Rose, rzucisz proszę okiem na ten esej? – Elisabeth zajadając się czekoladą po brzegi wypchaną orzechami laskowymi siedziała po turecku na łóżku skupiając wzrok na jednym z rysunków pomocniczych znajdujących się w książce.
- Co? – podniosła na nią zamyślone spojrzenie, aż w końcu dotarło do niej co mówiła do niej przyjaciółka.  – Um.. Tak, jasne, nie ma sprawy.
Dziewczyna zarumieniła się ogniście, przeczuwając, że zaraz zaczną się pytania. Doskonale znała Anderson. Czasem nawet potrafiła być nią i dokładnie przewidzieć co zrobi. Tak było i tym razem.
- Opowiedz mi – szatynka wstała z łóżka rozsiewając po całym dormitorium zapach czekolady. – Czy to coś poważnego? Twoja relacja z Theodorem.. Co jest między wami?
Rosaline przełknęła ślinę i zamyśliła się. Czy można nazwać to czymś poważnym? Raczej jeszcze nie. Póki co to kolega. Taki trochę fajniejszy niż inni. Chociaż? Może to coś więcej? Zaprosiła go na święta. Co prawda było to bardzo spontaniczne zaproszenie, ale jednak coś ją musiało do tego pchnąć. Właśnie! Przecież Elsa nic o tym nie wie! Uśmiechnęła się do siebie. Ale się zdziwi jak tylko…
- Halo! Żyjesz jeszcze? Bo minę masz taką jakbyś umarła i trafiła do nieba, albo co najmniej Dumbledore nagle oznajmił, że od dziś dzielić dormitorium z Nottem – zachichotała.
- Wcale nie! – parsknęła oburzona. Anderson zacmokała z wrednym uśmiechem.
- Ojoj, coś Ci nie wierzę. Znam każdą Twoją minę, a ta mi mówi, że coś jest na rzeczy.
- No dobra, ale nie uznasz mnie za wariatkę, jak Ci powiem?
- Istnieje takie ryzyko. Ale dlaczego miałabym Cię uznać za wariatkę? – Anderson była już wyraźnie zaciekawiona.
- Booo… Wiesz… Ja… - podrapała się po nosie i wzięła głęboki oddech. – Zaprosiłam Theo do siebie na święta.
Jedzona przez Elsę czekolada wylądowała na podłodze, a ona sama w szoku wpatrywała się w swoją przyjaciółkę.
- Co zrobiłaś?! Jak to zaprosiłaś go na święta?! – Rose westchnęła.
- Kiedy wracaliśmy z Hogsmeade zauważyłam stary, rozpadający się domek. Theo powiedział, że tam straszy. Znasz moją reakcję na tego typu rzeczy. Przeraziłam się i szybko przytuliłam do niego. Ale on.. – zacięła się chwilę. – On nie umie się przytulać Elsa.. I powiedział mi dlaczego.. – popatrzyła smutno na nią. – On stracił rodziców.. Voldemort ich zabił.. To tak, jakby stracił wszystkie uczucia wraz ze śmiercią swoich bliskich.
Szatynka słuchała jej uważnie i powoli zaczynała ją rozumieć. Gołym okiem było widać, że zielonookiej zależy na tym chłopaku. A dodatkowo miała bardzo miękkie serce. Podniosła resztki czekolady i wrzuciła ją do kosza, a następnie siadła obok Blade.
- Wiesz, myślałam, że spędzimy święta razem.. – oparła głowę o bark przyjaciółki. – Ostatnio mamy strasznie mało czasu dla siebie. Ale rozumiem Twoje postępowanie. Mimo, że nie przepadam za tym chłopakiem, to widzę, że Tobie na nim zależy – uśmiechnęła się do niej. – Zawsze miałaś dobre serducho i mam nadzieję, że nikt nigdy Ci go nie złamie.
Brunetka przytuliła ją mocno i pocałowała w policzek.
- Jesteś najlepszą siostrą na świecie i obiecuję, że znajdę dla Ciebie czas nawet jeśli Theo będzie u mnie – nagle coś sobie uświadomiła. – Cholera! Miałam napisać do rodziców i się zapytać czy nie mają nic przeciwko dodatkowemu gościowi! – Zerwała się z miejsca, siadła do biurka i szybko zaczęła pisać krótki list do rodziców. Elisabeth parsknęła śmiechem i położyła się na łóżku.
- Jak skończysz, to sprawdź mi ten esej, bo jutro trzeba go oddać, a Ty jesteś dużo lepsza z transmutacji niż ja. – Rose mruknęła coś tylko w odpowiedzi i po minucie już wybiegła, aby wysłać list. Elsa za to zawołała skrzata i poprosiła o coś do jedzenia. Ostatnio zrobiła się bardziej głodna niż zazwyczaj. Ale przecież doskonale wiedziała dlaczego. Położyła dłoń na brzuchu. Chciała być mamą. Ale nie sądziła, że zostanie nią tak szybko i to dodatkowo samotną. Bo wątpiła w to, że Blaise będzie chciał znać dziecko. Zdecydowała, że powie mu o dzieciaczku po przerwie świątecznej. Tylko musi się zastanowić co powie. Jej rozmyślania przerwał skrzat, który przyniósł jej sałatkę i kanapki jak prosiła. Podziękowała mu i nie chcąc więcej myśleć o przyszłości zabrała się za kolejny esej, tym razem z OPCM. Po chwili już była pochłonięta pracą.

*****

Blaise włóczył się bez celu po zamku. Nie miał co robić. Draco nie widział od śniadania, a Theo jak zwykle gdzieś wywiało. Nieświadomie skierował swoje kroki ku wyjściu. Tak naprawdę uciekał przed pewną krukonką, z którą ostatni był widywany. Zaliczył ją ostatnio i nie miał już ochoty z nią przebywać. A ta idiotka chyba nie zrozumiała słów „to koniec”, bo wciąż za nim łaziła i błagała o kolejną szanse. Prychnął wkurzony. Jakby nie znała jego reputacji. Zaliczył już połowę panienek w tym zamku i z żadną nie był w związku. To powinno dać jej odpowiedź. Jego myśli skierowały się ku innej dziewczynie. Elisabeth Anderson. Ciężko było mu to przyznać przed samym sobą, ale ta dziewczyna go intrygowała. Odkąd się pojawiła cały czas się ze sobą kłócili. Po wydarzeniach z Nottem i ich wspólnej nocy, stosunki pomiędzy nimi uległy zmianie. Dziewczyna już nie walczyła z nim tak zapalczywie. A w ostatnim czasie w ogóle go unikała bądź wszędzie pokazywała się ze swoją przyjaciółką. To było dziwne. Z wyszczekanej i odważnej dziewczyny stała się niemal szarą myszką. Nie widywał jej nigdzie poza posiłkami i lekcjami. Zaszyła się w swoim dormitorium jak w jakiejś jaskini. Zmarszczył brwi. A odkąd on przejmuje się kimś takim jak Anderson? Znów prychnął i starał się myśleć o czymś innym, ale obraz dziewczyny powracał do niego jak bumerang. Przypomniał sobie jak wyglądała, kiedy zemdlała. Była taka blada i bez życia. Był ciekaw, o jej dolegało, ale jego duma nie pozwalała mu o to zapytać. Pewnie to nie było nic takiego. Chociaż ostatnio zauważył, że dziewczyna jakby jest bardziej przygaszona i wycofana. Pokręcił tylko głową i udał się nad jezioro. Lubił tu przychodzić. Stanął tuż przy brzegu i nagle poczuł potrzebę zobaczenia się z Anderson. Jednakże po chwili uznał to za pomysł całkowicie idiotyczny. Bo co miałby jej niby powiedzieć? „Hej mała, co u Ciebie?” Parsknął cicho współczując samemu sobie za tak powalone pomysły. Gdzie podziewa się jego ślizgońska duma? Ego? Też chyba wzięły urlop. Za to neurony odpowiedzialne za myśli o Anderson zaczęły brać nadgodziny.
- Nad czym się zastanawiasz? – dobiegł go cichy głos od strony drzewa. Lata służby u Voldemorta sprawiły, że Blaise zadziałał instynktownie. Zanim pomyślał stał już z wyciągniętą różdżką skierowaną w stronę potencjalnego zagrożenia. Wtem jego wzrok padł na osobę stojącą pod drzewem.
- Theo? – zdziwił się, powoli chowając różdżkę. – Możesz się tak nie zakradać?
Chłopak tylko popatrzył się na niego z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
- Pewnych nawyków nie da się zapomnieć, co? – zapytał, nawiązując do reakcji przyjaciela. Blaise wzruszył ramionami i odwrócił się znów stronę jeziora.
- Może kiedyś zapomnimy.
Pomiędzy nimi zaległa cisza przerywana jedynie odgłosami pluskania wody. W końcu przedłużającą się ciszę przerwał czarnowłosy.
- To powiesz mi o czym myślałeś?
- O niczym ważnym.
- No ja bym nie powiedział. Miałeś minę jakbyś myślał o czymś nad wyraz przyjemnym.
Blaise rzucił Theo wściekłe spojrzenie i zobaczył nikły uśmiech na jego twarzy. „Chyba w końcu wraca powoli do życia” – pomyślał chłopak. Już nie pamiętał kiedy ostatnio Nott się uśmiechał. To było chyba jeszcze przed powrotem Voldemorta. Później służba, śmierć rodziców, wojna, zdrada Pansy i próba samobójcza. Domyślał się, dzięki komu w chłopaku nastawała zmiana na lepsze. Widział jak czarnooki wodził wzrokiem za pewną dziewczyną z ich domu. Nie przepadał za Rose, ale był jej niezmiernie wdzięczny za pomoc Theodorowi. Westchnął cicho.
- Myślałem o Anderson. Zmieniła się ostatnio. – wydął wargi i powiedział niemal jak dziecko. – Już nie chce się ze mną kłócić.
Theo parsknął i dołączył do przyjaciela.
- Widocznie w końcu zrozumiała, że z idiotą nigdy nie wygra. – za to stwierdzenie Blaise chciał strzelić go w głowę, ale on zrobił unik i stanął tym razem w bezpiecznej odległości. – Przecież żartowałem. A tak serio to jak ją widziałem kilka dni temu to nie wyglądała najlepiej. Rosalin mówiła, że od tygodnia męczyły ją wymioty i ogólne osłabienie, ale ostatnio chyba jej się poprawiło. – podrapał się po głowie i spojrzał na przyjaciela. – A co Cię wzięło  na myślenie o niej?
Blaise puknął się w czoło. – Ten organ zdecydował za mnie bez mojej wiedzy. I ilekroć staram się zmienić mój tok myśli to ona wraca niczym bumerang. To jest wkurzające.
- Idź z nią porozmawiać to może przestanie Cię nawiedzać. – wzruszył ramionami z schował ręce do kieszeni.
- Ciebie chyba już totalnie pojebało! – krzyknął Blaise. – Nie mam zamiaru rozmawiać z tą dziewczyną. Znasz przecież moją zasadę: raz zaliczona zostaje przeze mnie odpuszczona i odhaczona.
- Jak tam chcesz. – zaczął odchodzić. – Ja wracam do zamku, jest cholernie zimno.
Chcąc nie chcąc brunet powlókł się za nim. Nagle coś sobie uświadomił.
- A co Ty tak w ogóle tutaj robiłeś? – zainteresował się.
- Myślałem. – Blaise prychnął. Jemu każe się spowiadać, a sam odpowiada monosylabami? O nie, tak to nie będzie.
- A można wiedzieć o czym? – Theo westchnął. Chyba nie uda mu się uciec od przesłuchania.
- Myślałem przerwie świątecznej. Zostałem.. Zostałem przez kogoś zaproszony na święta i zastanawiam się, czy to aby na pewno dobry pomysł.
- Kto Cię zaprosił? – poziom zainteresowania Zabiniego wzrósł gwałtownie. Przyjaciel jednak uparcie milczał i patrzył pod nogi. Nagle do jego głowy wpadł ten ktoś.
- Nie.. Nie mów mi tylko, że jedziesz na święta do Blade! – Nott skinął głową ledwo zauważalnie, a Blaise aż przystanął. – Ty chyba żartujesz! Przecież możesz przyjechać do mnie albo nawet i do Draco. Dlaczego akurat do niej?! – nie mógł tego pojąć. Rozumiał zainteresowanie dziewczyną, bo powiedzmy szczerze była niczego sobie, ale żeby zaraz jechać do niej na święta?! Przecież to prawie jak zaręczyny! Pozna jej rodziców, będzie z nimi przebywał. No nie. Jego rozmyślania nad głupotą przyjaciela przerwał cichy głos czarnowłosego.
- Uratowała mnie.
- To kup jej jakąś błyskotkę i podziękuj, a nie pakuj się w wspólne święta!
Theo zamyślił się. Byli coraz bliżej wejścia, a co za tym idzie było coraz więcej ludzi. Obaj nie zauważyli, że od dłużej chwili ktoś idzie za nimi i podsłuchuje ich rozmowę.
- Może to nie jest taki głupi pomysł – odezwał się w końcu chłopak.
- No mówię Ci stary, to będzie najlepsze wyjście – Blaise klepnął go po plecach. Wtem za ich plecami dał się słyszeć wściekły głos.
- Trzeba było o tym wcześniej pomyśleć, a nie w momencie jak wysłałam sowę do rodziców. – obaj odwrócili się napięcie i stanęli oko w oko ze złą Blade. Podeszła do nich powoli.
- Na drugi raz zastanów się Nott, czego naprawdę chcesz. Daj mi odpowiedź do jutra rana czy ze mną jedziesz, czy nie.
Minęła ich i kiedy miała już wejść do zamku zatrzymała się i rzuciła cicho przez ramię: - I nawet nie waż się kupować mi jakiejś błyskotki. Ja nie jestem na sprzedaż. – po tych słowach szybkim krokiem znalazła się w zamku.
Obaj chłopcy stali jak wmurowani. W końcu głos zabrał brunet.
- Chyba masz trochę przechlapane Theo.
- Zamknij się Diable. – warknął wkurwiony. – Następnym razem zachowaj swoje zajebiste pomysły dla siebie. – na granicy wybuchu wpadł do zamku zostawiając przyjaciela samego.
No i znowu moja wina – pomyślał i ze skwaszoną miną poszedł w ślady pozostałej dwójki.

******

Ze łzami w oczach przemierzała korytarz chcąc jak najszybciej znaleźć się w swoim dormitorium. Nagle ktoś złapał ją za ramię.
- Hej.. Blade? – zapytał nieśmiało Longbottom. – Wszystko w porządku? Nie wyglądasz najlepiej..
Dziewczyna pokręciła tylko głową nie patrząc mu w oczy.
- Nic mi nie jest – jej głos był bardziej żałosny niż przypuszczała. Nie chcąc pogarszać swojej sytuacji, po prostu odeszła zostawiając Neville’a samego pośrodku korytarza.

********

Severus Snape, jak głosiła powszechna opinia, był wiecznie niezadowolonym z życia pesymistą, który zrobiłby wszystko dla swojego chrześniaka, którym był nie kto inny jak sam Draco Malfoy. I właśnie w tym momencie zastanawiał się jakim cudem był chrzestno ojcem tego chłopaka siedzącego przed nim. Patrzył na niego w milczeniu, co dodatkowo powodowało u chłopaka wzrost irytacji.
- Powiesz coś w końcu, czy będziesz tak siedział i patrzył na mnie, wuju? – zapytał w końcu, nie mogąc znieść tego wzroku i ciszy.
- Czy Ty zamieniłeś się na mózgi z Weasleyem? – zapytał w końcu, ściskając nasadę nosa. Blondyn zacisnął usta, ale zanim się odezwał, Snape kontynuował swój wywód. – Przychodzisz do mnie, a raczej wpadasz do gabinetu bez pukania i od progu, prosisz, nie, raczej żądasz abym dał Ci zezwolenie na opuszczenie Hogwartu. Jednocześnie nie chcesz mi wyjawić powodu. Dobrze zrozumiałem?
- Tak – odpowiedział z mocą pewny, że zaraz dostanie zgodę. Severus spojrzał jeszcze raz na swojego trzymańca.
- Nie zgadzam się – odparł chłodno profesor i jak gdyby nigdy nic wrócił do sprawdzania esejów.
- Co?! – Draco zerwał się na równe nogi. – Dlaczego nie?!
- Bo nie widzę powodu, aby Ci takowe pozwolenie wystawiać. Chyba, że mi powiesz o co tak naprawdę chodzi.
Malfoy podszedł do barku i nalał sobie szklaneczkę Ognistej. Musiał się zastanowić, czy powiedzieć wujowi prawdę. Z jednej strony nie chciał mówić mu co tu robi, ale z drugiej strony Snape był dla niego jak ojciec. Po kilku minutach walki samym z sobą usiadł na krześle przed biurkiem i opowiedział całą historię. O ciąży Hermiony, o jego reakcji, o zniknięciu narzeczonej i chęci naprawienia przez młodego win. Czarnowłosy słuchał tego w milczeniu, ale w jego oczach błyszczał gniew na chrześniaka. On zdecydowanie nie może być jego wujem. Przecież ten chłopak nie ma za grosz rozumu.
- Jesteś skończonym kretynem – wściekle wysyczał Snape. – Zanim Twoja matka Cię urodziła kilka razy poroniła. Byłeś jej oczekiwanym dzieckiem. A Ty każesz swojej NARZECZONEJ usuwać ciążę? – wstał i zaczął krążyć po gabinecie. – Ja rozumiem, że mogłeś się wystraszyć zostania w tak młodym wieku ojcem, ale żeby zrobić coś takiego? – odwrócił się do niego. – Odpowiedz mi na jedno pytanie. Czy Ty na pewno chcesz założyć akurat z Granger rodzinę?
Malfoy z oburzenia wciągnął aż powietrze.
- Oczywiście, że chce. Tylko.. Jej ciąża była dla mnie zaskoczeniem. Nigdy nie rozmawialiśmy o dziecku. Wydawało mi się, że mamy jeszcze dużo czasu.
- Bo uprawianie seksu wcale nie niesie ryzyka poczęcia – zakpił. – Czy Ty aby na pewno masz 17 lat?
Na policzki blondyna wpłynął rumieniec wstydu. Nigdy tak naprawdę o tym nie myślał. Wiedział, skąd się biorą dzieci, ale sądził, że eliksir antykoncepcyjny i uważanie w zupełności wystarczy.
Czarnowłosy widząc rozważania młodszego mężczyzny ponownie usiadł na swoim miejscu.
- Posłuchaj mnie Draco – zaczął. – Wiem, że się boisz. To normalne. Jednak pamiętaj, że nie jesteś z tym sam. Masz swoją matkę, mnie, czy przyjaciół. My wam zawsze pomożemy. – wręczył mu kartkę. – Dlatego masz tutaj pozwolenie na opuszczenie Hogwartu i zwolnienie ze wszystkich zajęć do przerwy świątecznej. Idź i wyjaśnij wszystko z Granger.
Chłopak wziął kartkę i podniósł na wuja wdzięczny wzrok.
- Dziękuję.. Naprawdę.. – wstał i szybkim krokiem skierował się do drzwi. Jednak zanim wyszedł odwrócił się jeszcze w jego stronę. – I obiecuję, że wszystko z nią wyjaśnię. – po tych słowach opuścił gabinet.
Severus uśmiechnął się pod nosem do samego siebie. Może lepiej byłoby to nazwać lekkim uniesieniem  kącików ust. Przecież postrach Hogwartu się nie uśmiecha.
- Może jeszcze coś wyrośnie z tego chłopaka – mruknął pod nosem i wrócił do sprawdzania esejów.

*******

Nie minęła godzina odkąd Severus dał mu pozwolenie na opuszczenie Hogwartu, kiedy pojawił się z nikąd przed drzwiami niezbyt dużego, ale uroczego domku państwa Granger. Wziął głęboki oddech i zapukał. Domyślał się, co go czeka. Na pewno nic miłego.
- Czego tu szukasz? – za jego plecami odezwał się wyraźnie wściekły głos pana Grangera. Draco obrócił się na pięcie, aby zmierzyć się ze swoim niedoszłym teściem. Oczywiście, nie miał zamiaru mu się tłumaczyć. Ale jakoś sytuację musiał wyjaśnić, bo staruszek gotów nie wpuścić go do domu. A wejść musiał.
- Pan Granger – skinął mu lekko głową. – Przyszedłem do Hermiony. Muszę z nią porozmawiać. To bardzo ważne.
- Ty chcesz z nią porozmawiać? Po tym co jej zrobiłeś? – Jej tata zacisnął dłonie. – Lepiej odejdź stąd chłopcze zanim zupełnie stracę kontrolę i pokiereszuje tą Twoją arystokratyczną buźkę. – był zły. Przez tego chłoptasia jego mała córeczka wypłakuje sobie od kilku dni oczy. Nie ujdzie mu to na sucho.
- Proszę wybaczyć, ale to sprawa pomiędzy mną a Hermioną i tylko jej się będę tłumaczył – odparł zimno.
- Ty.. – nie skończył, bo drzwi od domu się otworzyły. Blondyn odwrócił się szybko i stanął oko w oko ze swoją narzeczoną. A to co zobaczył go przeraziło. Blada twarz, opuchnięte i czerwone oczy i potargane włosy.
- Maleńka.. – wyszeptał.
- Draco? – zdziwienie na jej twarzy szybko zamieniło się w ból. – Co Ty tu robisz?
- Ja..- po praz pierwszy w życiu nie wiedział jak i co powiedzieć. – Przyszedłem z Tobą porozmawiać.
- Powiedziałeś już chyba wszystko co było do powiedzenia. – odwróciła się z zamiarem odejścia.
- Nie, poczekaj, proszę – w jego głosie zabrzmiało błaganie. – Proszę, ja muszę Ci to wytłumaczyć.. Nie daruję sobie jak Cię stracę..
Hermiona zawahała się. Z jednej strony chciała go wysłuchać, ale z drugiej.. P chwili walki z sobą w końcu lekko skinęła głową.
- Dobrze, porozmawiajmy – nie czekając weszła do domu i od razu podążyła w stronę swojego pokoju. Chłopak szedł za nią. Starał się przypomnieć chociaż jedno przemówienie, które wcześniej ułożył, ale miał pustkę. W najważniejszym momencie jego mózg postanowił zrobić sobie przerwę. Kiedy znaleźli się w jej pokoju sytuacja pomiędzy nimi stała się niezręczna. Draco gorączkowo starał się jakoś rozpocząć rozmowę, ale nic sensownego nie przychodziło mu do głowy. Za to Hermiona nie mogąc znieść takiej atmosfery podeszła do okna i powoli zaczęła mówić.
- Zawiodłeś mnie jak nikt nigdy w moim życiu.. Myślałam, że się ucieszysz chociaż trochę z racji zostania ojcem.. Wiem, że to był szok. Ale wierz mi, nie tylko dla Ciebie.. Przecież uważaliśmy.. Ale stało się i się nie odstanie. – odwróciła się w jego stronę a po jej twarzy płynęły łzy. – Więc jeśli przyszedłeś przekonywać mnie do usunięcia ciąży to możesz sobie iść. Nie usunę go chociaż miałabym Cię stracić – z czułością dotknęła swojego lekko zarysowanego brzucha. - Ta Kruszynka to nasz.. moje dziecko.
Chłopak słuchał jej w milczeniu, a jego serce przepełniał ból. Dlaczego musi być takim kretynem? Podszedł do niej i położył swoją dłoń na jej.
- Nie chcę, żebyś usuwała ciążę. Wiem, że zachowałem się jak ostatni sukinsyn, ale byłem przerażony.. Nie byłem gotowy na dziecko i zapewne wciąż nie jestem gotów – uśmiechnął się blado. – Przeraża mnie myśl, że mogę być takim samym ojcem jakim był dla mnie Lucjusz. Dlatego tak zareagowałem. – westchnął i spojrzał jej w oczy. – Kocham Cię najbardziej na świecie. Tylko dzięki Tobie jeszcze się nie załamałem. Jeśli Cię stracę.. Ciebie lub to maleństwo to tego nie zniosę. Chcę stworzyć z Tobą rodzinę, jakiej sam nie miałem. Ale to musisz być Ty. Nikt inny. Dlatego Hermiono Granger proszę Cię o jeszcze jedną szansę.
Dziewczyna patrzyła na niego w milczeniu. Po raz pierwszy aż tak się przed nią odsłonił, powiedział, czego się boi. Rozumiała go, jednak bała się. Co jeśli przy następnych problemach postąpi tak samo i zostawi ją samą? Musiała to przemyśleć.
- Zrozumiałam, dlaczego tak postąpiłeś.. Tylko nie wiem, czy ja chcę tego samego co Ty. – odsunęła się od niego. – Chyba będzie lepiej jak wyjdziesz.

******
Po bezsennej nocy, Rose zwlekła się z łóżka i poczłapała do łazienki. Elsa jeszcze spała, ale to tym lepiej dla niej i dla dziecka. W końcu pół nocy wymyślała w jaki sposób pozbędzie się Theodora z tego świata. Spojrzała w lustro i skrzywiła się. Wyglądała okropnie. Czarne cienie pod oczami, które były opuchnięte, siano na głowie. I pomyśleć, że to wszystko przez jednego chłopaka. Rozebrała się i wzięła szybki prysznic, który trochę pobudził jej zmęczony umysł i ciało. Ubrała się w przygotowany wcześniej strój i weszła do pokoju. Wszędzie walało się pełno chusteczek. Jednym machnięciem różdżki posprzątała bałagan i dopiero wtedy zobaczyła na biurku liścik, który leżał obok jednego, czerwonego tulipana. Zdziwiona podeszła i wzięła do ręki kartkę. Po przeczytaniu na jej twarzy wykwitł szeroki uśmiech, a zmęczenie odeszło w niepamięć.

„ Z wielką chęcią pojadę z Tobą do Twoich rodziców.
Przepraszam za wczoraj i za głupie pomysły Zabiniego.
T.N.”


*********
Drodzy Czytelnicy,
Wróciłam. Po długiej nieobecności, ale wreszcie rozdział jest. Tak jak napisałam na początku, blog zostanie dokończony. Nie wiem ile czasu mi to zajmie. Nie obiecuje, że kolejny rozdział pojawi się szybko, ale postanowiłam w końcu wziąć sprawy w swoje ręce i zacząć organizować sobie czas tak, abym miała również chociaż chwilę na pisanie kolejnego rozdziału.
Mam nadzieję, że rozdział przypadł Wam do gustu.
Trzymajcie  się ciepło.
Wasza SEL <3

czwartek, 28 lipca 2016

Rozdział 5.

Na dworze było już widać pierwsze oznaki zimy. Minął już miesiąc od pamiętnych dla grupy Ślizgonów wydarzeń. Theo wrócił już do swojego dormitorium, chociaż wolałby zostać z Rose. Wspólne przebywanie przez tydzień w jednym pokoju zbliżyło ich do siebie. Blaise chętnie dokuczał Elsie, co postawił sobie za punkt honoru, z niewiadomego powodu. Za to dziewczyna udawała, że nic jej to nie rusza. Ale w nocy, kiedy nikt jej nie widział, oprócz swojej przyjaciółki, wypłakiwała jej się w ramię. Strasznie żałowała tego, co się stało pomiędzy nią, a Zabinim.
Mimo późnej pory Rose spacerowała samotnie po błoniach. Wiedziała, że czeka ją kolejna ciężka noc, podczas której będzie musiała pocieszać przyjaciółkę. Usiadła pod swoim ulubionym drzewem i zapatrzyła się na taflę jeziora. Lubiła tutaj przebywać. Tu zawsze było cicho i spokojnie.
-Mugole mówią, że nie wolno siedzieć na ziemi... można się rozchorować. - Tuż obok usłyszała głos Blaisa.
- Nie Twój biznes gdzie siedzę - warknęła.
- Oj, nie tak ostro... - udał że go to zabolało.
Wzięła głęboki oddech, żeby się uspokoić i nie dać mu w twarz.
- Chcesz czegoś czy przyszedłeś mi podokuczać?
-Akurat przechodziłem, zauważyłem Cię, więc podszedłem zobaczyć co u koleżanki z domu...
- Wszystko dobrze, możesz już sobie iść.
-A co u mojej ulubionej koleżanki? - uśmiechnął się wrednie.
Z trudem zachowała milczenie, nie chcąc wdawać się z nim w dyskusje.
- Słyszałem, że nudzi się jej beze mnie... - powiedział, siadając obok niej. Odsunęła się od niego od razu.
- Wyobraź sobie, że jest jej teraz lepiej. - wskazała brodą na jedną z Krukonek, która przyszła za Blaisem.
- Myślę że Twoja nowa... dziewczyna - to słowo niemal wypluła - bardzo się już za Tobą stęskniła.
-Też tak myślę. - wstał i objął dziewczynę w pasie, a następnie namiętnie ją pocałował na jej oczach - Aha, jak możesz, to nie pozdrawiaj Anderson ode mnie. - rzucił, kiedy oderwał się od swojej nowej lalki.
Prychnęła i wstała z gracją a następnie zwróciła się do dziewczyny. - Nie łudź się, że zostanie z Tobą dłużej niż do momentu, jak Cię zaliczy. On umie tylko pieprzyć, bo kochać potrafi wyłącznie siebie - po tych słowach, z podniesioną głową odeszła w stronę zamku. Dziewczyna tylko skrzywiła się teatralnie słysząc słowa ślizgonki i ponownie pocałowała swojego ukochanego. Blaise odsunął ją od siebie. Widać było, że jest wkurzony. - Zostaw mnie.
-Ale kochanie... Co się stało? - popatrzyła na niego ze łzami w oczach.
- Powiedziałem odejdź!
Przestraszona Krukonka szybko uciekła w stronę zamku. On stał jeszcze chwilę w tym samym miejscu, ale widząc, że nie jest w stanie się uspokoić, wkurzony chłopak zmienił swoje ubranie w coś wygodniejszego, i żeby odreagować rozmowę z Rose, zaczął biegać wokół jeziora.
W międzyczasie Panna Blade wróciła do dormitorium. Zdenerwowana do granic możliwości, z hukiem zamknęła drzwi i usiadła na swoim łóżku chowając twarz w dłoniach. Nawet nie zauważyła, że jej przyjaciółka siedzi na łóżku blada. Lecz kiedy tylko zobaczyła w jakim stanie jest Rose, od razu do niej podeszła i usiadła obok.
- Co się stało? - zapytała spokojnie Anderson, chociaż trochę słabo.
Rosalie pokręciła głową.
- Nieważne... Miałam małe spięcie z kimś.
-Rozumiem... - ziewnęła i oparła głowę o jej ramię - Strasznie chce mi się spać...
- Połóż się... Jest już w sumie trochę późno... - popatrzyła na zegarek, który wskazywał dopiero na 21. - A jutro pierwsze Eliksiry...
-Dobrze... dobranoc... - zdążyła ledwo dojść na łóżko i już po kilku sekundach było słychać jej równomierny oddech. Rose podeszła do niej i nakryła kołdrą. Martwiła się o przyjaciółkę... Ostatnio chodziła ciągle zdenerwowana albo przygnębiona. A wszystko przez tego idiotę... - I przez Ciebie też...- wyszeptała jej podświadomość. Nie mogła się z nią nie zgodzić. Po części to jej wina. Gdyby nie przyjęła pod ich dach Theo, do niczego by nie doszło... Westchnęła ciężko i udała się do łazienki. Niestety już nie mogła tego odkręcić. Powoli się rozbierała a jej myśli wciąż były przy Elsie. Postanowiła, że zrobi wszystko, żeby więcej już nie cierpiała. A przynajmniej nie przez Niego. Z takim postanowieniem szybko wzięła prysznic, ubrała swoją ulubioną piżamę i wróciła do pokoju, gdzie położyła się do łóżka i zmęczona całym dniem również szybko zapadła w sen.

*****

Draco wychylił się z łazienki z delikatnym uśmiechem
- Kochanie, zapraszam na kąpiel.
- Za chwilę... - odpowiedziała pochylona nad esejem z Obrony Przed Czarną Magią.
Podszedł do niej po cichu i pocałował ja w kark wcześniej delikatnie odsuwając jej włosy. - Esej nie ucieknie.
Uśmiechnęła się lekko. - Ale jeśli skończę go teraz to będziemy mogli spędzić więcej czasu w wannie...
Mruknął z aprobatą prosto w jej szyję. - W takim razie posiedzę z tobą i popatrzę jak piszesz.
- Dobrze... - cmoknęła go szybko w usta i wróciła do pisania z jeszcze większym zapałem. Szybko się z tym uporała i pozwoliła, żeby Draco zaniósł ją do łazienki. Z zadowoleniem zaczął powoli ją rozbierać, ukazując jej ciało. Gdy oboje już nie mieli na sobie ubrań, blondyn pomógł wejść Mionie do wanny, a sam usadowił się za nią, przytulając się do jej pleców. Dziewczyna położyła jego ręce na swoim brzuchu z cichą nadzieją. On myśląc, że chce się przesunąć, po prostu jeszcze bardziej przyciągnął ja do siebie. Wtuliła twarz w jego szyję.
- Miło...
- Mhm... - delikatnie zaczął myć jej ciało.
Westchnęła cicho. - A co z Theo? Jak sie trzyma? Widuje go tylko na zajęciach...
-Wszystko powoli wraca do normy... - zatrzymał się na chwilkę - chociaż... Theo teraz jakby... trochę żyje w swoim świecie...
- Co masz na myśli? - odwróciła się lekko w jego stronę.
- Rzadko się odzywa... Często wychodzi gdzieś sam zabierając miotłę...
- A nie boicie się zostawiać go samego?
- Rzuciłem na niego zaklęcie, tak, że wiemy, jak coś kombinuje -pocałował ją w policzek.
Pokiwała głową. - Rozumiem... Nie uważam, że to nie fair wobec Theo, ale nie widzę innej opcji.
-Ja też nie widzę. Theodor jest po prostu zbyt głupi żeby pozwolić mu na samowolne działanie. - westchnął.
- Przestań - uderzyła go lekko w tors. - On nie jest głupi, tylko trochę się pogubił.
Przytulił ja do siebie i powrócił do mycia jej ciała - To nie zmienia faktu, że ma nas i mógł z nami porozmawiać.
- Wasza trójka jest zamknięta w sobie... Nie do końca potraficie ze sobą porozmawiać tak szczerze i od serca.
-Wiem, ale sama wiesz dlaczego tak jest... - powiedział cicho przypominając sobie o służbie u Czarnego Pana.
- Wiem... - odwróciła się do niego przodem i przytuliła go mocno, chociaż było jej trochę niewygodnie. - Ale tamte czasy już nie wrócą – powiedziała z mocą.
Nie odpowiedział nic, tylko pocałował ją we włosy i schował w nich twarz. Gładziła go lekko po plecach i karku, pozwalając wrócić do teraźniejszości. Chwilę później powrócili do wzajemnego pieszczenia swoich ciał i mycia się nawzajem. Miona przygryzła wargę i popatrzyła poważnie w oczy Draco.
- Kochanie? Chciałabym o czymś z Tobą porozmawiać...
- Taak? Co sie stało? - zapytał czule
- Chciałam Ci powiedzieć już dawno, ale jakoś nie było okazji. Najpierw wojna i Twój proces... Później powrót do szkoły i problem z Theo... - mówiła cicho i ze spuszczonym wzrokiem.
-Skarbie - Draco był zdenerwowany, ale nie dał tego po sobie poznać - popatrz na mnie i powiedz, co Cię trapi.
Ponownie zagryzła wargę i podniosła wzrok spoglądając mu w oczy.
- Jestem w ciąży - wyszeptała.
Jego mina z czułej zrobiła się najpierw zszokowana , żeby po chwili wyrażać złość. Szybko wstał i wyszedł z wanny, po czym z całej siły uderzył pięścią w ścianę. - Jak to do cholery jesteś w ciąży?! - warknął -Nie. my nie możemy mieć dziecka... ja... - oparł się o umywalkę tyłem do niej, jakby próbując się uspokoić, po czym chwilę później odwrócił się w jej kierunku już bardziej opanowany. On nie mógł mieć dziecka! Nie teraz! Oczywiście, że bardzo tego chciał, z Hermiona, ale jest jeszcze na to za młody... oboje zresztą są. - Musisz usunąć to dziecko. – powiedział stanowczo- Nie widzę innej opcji.
Porażona jego słowami nie mogła wydobyć z siebie głosu. Na przemian otwierała i zamykała usta. Nie dochodziły do niej słowa Draco. Jak to ma usunąć dziecko? Owoc ich miłości? Po jej twarzy zaczęły płynąć łzy. - Jak... jak to mam... - potrząsnęła głową. - Mam zabić nasze dziecko? - Powoli podniosła się do góry i położyła dłonie na swoim brzuchu. - Przecież to nasza malutka Kruszynka...
Nie mogąc tego słuchać, po prostu się ubrał i wyszedł z dormitorium trzaskając drzwiami. Powoli wyszła z wanny i wysłała patronusa do Ginny. Niczym robot wytarła się i ubrała. Miała mętlik w głowie. On nie chce dziecka! - krzyczała jej podświadomość. Weszła powoli do sypialni i usiadła na łóżku z szokiem malującym się na twarzy. Ruda wpadła do jej pokoju niczym bomba i momentalnie znalazła się przy niej.
- Mionka, proszę, nie denerwuj się. Wszystko na pewno jakoś się ułoży, a tego gada... - syknęła - to ja osobiście zabije.
Podniosła na nią pusty wzrok. - On mnie nie kocha... Skoro nie chce... Nie chce Jego... - przytuliła się mocno do przyjaciółki i zaczęła płakać.
- Kocha Cię! - zapewniała ją przyjaciółka - ale po prostu... Taka informacja to dla niego dużo... pewnie teraz żałuje, ze to powiedział.
- Ale on nie wziął pod uwagę moich odczuć! Nie pomyślał jak jego reakcja mnie zaboli?! - prawie krzyczała. - Ja też nie planowałam teraz dziecka! Ale stało się i będziemy rodzicami!- ściszyła głos. - A raczej to ja będę matką...
-A on ojcem. -westchnęła młodsza Gryfonka i objęła Herm ramieniem - po prostu potrzebuje czasu żeby to przemyśleć.
- Tylko jak długo. - oparła głowę o jej ramię i znów zapłakała. - Mogę dzisiaj spać u Ciebie? Proszę... Nie zniosę spania tutaj... Nie po tym, co usłyszałam.
-Oczywiście -wstała i wzięła ją pod rękę – chodź, pewnie jesteś zmęczona. Zresztą nie mam się czemu dziwić.
Pokiwała głową. Wzięła jeszcze kilka najpotrzebniejszych rzeczy do małej torby, spakowała esej na jutro i obie wyszły z dormitorium. Gdy tylko zaszły do sypialni, Gin zrobiła Mionie herbatę, do której wlała eliksir Słodkiego Snu, nie chcąc patrzeć jak jej najlepsza przyjaciółka cierpi. Nie upłynęło kilkanaście minut jak Hermiona już spała. Gryfonka przykryła przyjaciółkę kocem i sama położyła się obok niej. Musiała sobie porozmawiać z Draconem. I to poważnie.

*****

Draco wyszedł z dormitorium i skierował się prosto na błonia, a później na ścieżkę prowadzącą do Hogsmeade. Potrzebował czegoś mocniejszego. Będzie ojcem... Ta informacja nie mogła dotrzeć do jego mózgu. To było zbyt trudne, żeby mógł to pojąć swoim arystokratycznym umysłem. Szedł szybkim krokiem nie oglądając się za siebie. Chciał jak najszybciej znaleźć się na miejscu. Upić się i zapomnieć o wszystkim. Hermiona na pewno nie była w ciąży. Musiało się jej coś pomylić. Dotarł do Trzech Mioteł, a już po chwili stała przed nim butelka, pełna Ognistej i szklanka, z której właśnie zdrowo wychylał. Nie rozglądał się po lokalu, tylko siedział wpatrzony w bursztynowy płyn. W głowie cały czas miał jedną myśl: zostanie ojcem. Jak to możliwe? Przecież brała eliksir antykoncepcyjny- westchnął. - Ciekawe, czy to będzie ona, czy on... - pokręcił głową chcąc wyrzucić z siebie tą myśl. Miona musi usunąć ciążę i koniec kropka. Osuszył na raz całą szklaneczkę, od razu na nowo ją napełniając. Tylko jak on ma zmusić Gryfonke do pozbycia się tego problemu? Przecież już mu zakomunikowała, że tego nie zrobi. Z każdą wypitą szklaneczką, jego pomysły robiły się coraz głupsze. Nawet nie zauważył, kiedy wypił sam drugą butelkę. Nieźle już wstawiony zostawił na stoliku kilka galeonów i powoli zbierał się do wyjścia.
- Jesteś pewien, że poradzisz sobie sam? - jego przyjaciel Nott stanął za nim i podniósł go do pionu, przerzucił rękę przez swoje ramię i powoli poprowadził w stronę zamku. -Co się stało stary? Czemu nie jesteś teraz z Miona? Jakiś mały kryzys?
-Szo... szo Ty.. tu obisz? - opierał się całym ciałem na Theodorze, ledwo stawiając kroki, a nogi i tak mu się plątały.
- Przechodziłem obok i zobaczyłem Cię w środku... - szedł z nim bardzo powoli. Przez chwilę milczał.
- Moi... Miona... jesz... w... ciąszy...
-Co? - Theo o mało nie puścił przyjaciela stając jak wryty - w ciąży? Draco... jesteś pijany. Za dużo Ognistej i w głowie Ci się miesza. - stwierdził od razu nawet nie zastanawiając się nad jego słowami.
Pokręcił szybko głową, omal nie wywracając ich obu.
- To... parawda... - coraz trudniej było mu mówić a język plątał się niebywale.
-Powinieneś iść spać, bo bredzisz.
Sam nie wie jakim cudem, ale dotarł do jego dormitorium, które było puste. Jednak Draco nawet tego nie zauważył, bo gdy tylko jego głowa dotknęła poduszki, od razu zapadł w sen.
Theo lekko zaskoczony całą tą sytuacją wrócił do siebie i również od razu poszedł się położyć. Jednak za nim zasnął, wrócił wspomnieniami do sytuacji sprzed kilkunastu dni.
Wszedł do wielkiej sali i już miał usiąść, gdy od tyłu napadła go jego 'ukochana'.
- Kochanie! - zaświergotała, rzucając mu się ma szyję i całując go w usta.- Gdzieś Ty się podziewał ostatnimi czasy? - zapytała zanim Theo cokolwiek odpowiedział. - Twoi koledzy nic mi nie chcieli powiedzieć...
-Nie powinno Cię to interesować - rzucił sucho i odkleił ją z trudem od siebie.- Oczywiście, że interesuje! - krzyknęła oburzona. - Przecież jestem Twoją dziewczyną! Wszyscy zebrani na śniadaniu zamilkli, żeby posłuchać co się wydarzy. - Już nią nie jesteś. - rzucił tylko w jej kierunku, patrząc na nią zimnym spojrzeniem pełnym złości.- Ale... Ale dlaczego? - widać, że była w szoku, a trybiki w jej głowie obracały się z zawrotną prędkością, żeby przypomnieć sobie czy zrobiła coś, co mógłby zobaczyć Theo.
-Już dobrze wiesz dlaczego. - warknął - wieża astronomiczna. Mówi Ci to coś? Przypomniało Ci się, jak pieprzyłaś się tam z Goylem i Crabem?
Jej twarz momentalnie pobladła, ale zaraz odzyskała rezon. - Ale kochanie, to nic dla mnie nie znaczyło! Ty nie okazywałeś mi ostatnio czułości, a ja za tym tęskniłam - powiedziała robiąc smutną minkę, żeby go zmiękczyć.
- Nawet nie próbuj się tłumaczyć. Mam dość. Zejdź mi z oczu, Parkinson. - odwrócił się do niej plecami i zaczął jeść swoje śniadanie obok przyjaciół.
Nie zamierzała tak szybko odpuścić. Usiadła obok niego i przytuliła do jego boku.
- Skarbeńku... Proszę, daj mi jeszcze jedną szansę...
- Powiedziałem nie! Znajdź sobie innego kutasa który zniesie wszystkie te twoje wybryki! - przerwał jej uderzając pięścią w stół mega wkurzony.
- Kiedy ja chce być z Tobą! - zawołała płaczliwie.
-Ale ja nie chcę. - odwrócił się do Blaisa i zaczął z nim rozmowę.
- Jeszcze do mnie wrócisz! - wykrzyczała i wybiegła z Wielkiej Sali.
- Wybacz ale mam na oku kogoś innego, dziwko - mruknął pod nosem i zabrał się za jedzenie. Jego wzrok jednak powędrował w stronę pewnej zielonookiej dziewczyny, która właśnie rozmawiała cicho ze swoją przyjaciółką.

Nawet teraz, gdy zasypiał, cały czas widział te śliczne oczy. Uśmiechnął się jeszcze delikatnie sam do siebie i zapadł w spokojny, głęboki sen.

*****

Połowa grudnia
Dzisiaj wyjście do Hogsmeade
– pomyślała smutno Hermiona patrząc przez oszronione okno na zasypane lekką warstwą śniegu błonia. Tyle czasu już minęło od jej ostatniej rozmowy z Draconem. Przez ten okres mieszkała z rudowłosą przyjaciółką w jej dormitorium. Chłopak nadal nie zmienił zdania co do ich dziecka. To było dla niej nie do pomyślenia. Przecież to ICH dziecko. Może nie było planowane, ale spłodzili je z miłością. Przynajmniej jej się tak wydawało. Jakże srogo się pomyliła. Westchnęła i opuściła wzrok na swój brzuch, na którym wcześniej położyła dłoń.
- Poradzimy sobie, kruszynko… - wyszeptała, a po jej policzku spłynęła niechciana łza. – Może wychowasz się bez taty, ale będziesz miał mamę, ciocię i najwspanialszych dziadków na świecie – uśmiechnęła się blado.
Jej myśli zostały przerwane przez Ginny, która wpadła do pokoju jak huragan.
- Gotowa? – wysapała dziewczyna.
- Już prawie – odchrząknęła lekko, aby pozbyć się guli z gardła i podeszła do szafy, żeby wyjąć jedyną kurtkę, która na nią jeszcze pasowała. – Muszę zrobić dzisiaj zakupy, bo już w nic się prawie nie mieszczę – poskarżyła się.
- To znaczy, że malutka rośnie duża i zdrowa – przytuliła się do niej do jej pleców.
Miona tylko pokiwała głową nadal będąc przygnębiona myślą, że córeczka, która rozwija się w jej łonie wychowa się bez swojego ojca. Ginny, która widziała, że Hermiona nadal jest smutna, pociągnęła ją za rękę.
- Chodź, bo zaraz zajmą wszystkie dobre miejsca w Trzech Miotłach! – wyszły, a raczej niemal wypadły z dormitorium i zbiegły po schodach wpadając niechcący na dwóch chłopaków – Harry’ego i Rona.
- Miona, cześć – Złoty Chłopiec uśmiechnął się na jej widok i przytulił do siebie uważając na dziecko. Kiedy Ginny powiedziała mu jaka jest sytuacja to w pierwszej chwili chciał iść i wpierdolić Malfoyowi, ale rudowłosa go powstrzymała. I dzięki Merlinowi za to. Po ochłonięciu stwierdził, że oboje są dorośli i sami muszą dojść do porozumienia. Postanowił, że będzie przy przyjaciółce nie ważne, co się stanie. Była dla niego siostrą, o którą musiał dbać. – Jak się czujesz? – zapytał, patrząc jej w oczy.
- W porządku… - odpowiedziała lekko wymijająco, gdyż nie miała nastroju, żeby rozmawiać dzisiaj z kimkolwiek, kto nie nazywa się Ginevra Weasley.
- A jak ma się moja mała dziewczynka?
-A skąd wiesz, że to dziewczynka? – zapytała szczerze zdziwiona.
Potter wskazał podbródkiem na rudowłosą dziewczynę i uśmiechnął się. – Gin powiedziała mi wczoraj, zaraz po twoim badaniu USG. – widząc po jej minie, postanowił zmienić temat – Wybieracie się może teraz do Hogsmeade?
Obie dziewczyny pokiwały głowami, a Ron zapytał z przekąsem.
-Nie powinnaś teraz pieprzyć się gdzieś ze swoją blond fretką? – uniósł ręce i spojrzał w górę – Godryku, zapomniałem, przecież on nie uznaje tego dziecka. – widać, że chciał coś do tego dodać, ale został zaatakowany przez własną siostrę, która rzuciła się na niego z paznokciami.
- Jak mogłeś to powiedzieć?! – Ronald odepchnął ją, chcąc się obronić, lecz ona była szybsza. Rozorała paznokciami jego lewy policzek, zostawiając trzy głębokie i krwawiące rany. Chłopak od razu chwycił się za policzek, a przez jego palce zaczęła wydobywać się krew.
- Ty dziwko! – wrzasnął, zapominając, że mówi do swojej siostry.
- Weasley, chyba się zapominasz i nie wiesz,co do kogo mówisz – warknął Harry i chwycił rudzielca za przód jego bluzy, a następnie popchnął go na ścianę i wyjął różdżkę, którą skierował wprost na niego – Może zachowuję się w tym momencie jak jakiś pieprzony Ślizgon, ale ostrzegam Cię, powiedz jeszcze raz coś takiego do Miony, albo obraź swoją siostrę, a przysięgam, że zrobię z twoich jaj nową okładkę na książkę do eliksirów. – puścił go, a następnie objął obie dziewczyny ramionami i zostawiając go samego w korytarzu, wyszli ze szkoły na zaśnieżone Błonia nie oglądając się za siebie.
Hermiona poniekąd rozumiała zachowanie Ronalda. Wiedziała, że to zawsze on chciał być na miejscu Draco w jej życiu…
Właśnie…
Draco…
Jej druga połowa, która w jednym momencie przestała ją kochać…
Mogła mieć obu, a teraz nie ma żadnego…
Zacisnęła mocno wargi, żeby się nie rozpłakać. Musiała być silna. Nie dla siebie, ale dla dziecka, które rosło jej w łonie. Nieświadomie położyła dłoń na brzuchu, a przechodzące obok niej dziewczyny od razu zaczęły szeptać.
- Mówiłam Ci, że jest w ciąży, a Malfoy ją zostawił bo podobno to nie jego dziecko tylko Pottera – jedna z nich powiedziała to na tyle głośno, że szept doszedł do ich uszu. Kasztanowłosa skuliła się w sobie i wtuliła bardziej w swojego przyjaciela, który z mordem w zielonych oczach popatrzył za oddalającymi się szybkim krokiem kobietami.
- Nie przejmuj się tym kochanie – pocieszyła ją Ginny. – To są tylko plotki wyssane z palca i każdy kto Cię zna wie, że są nieprawdziwe.
Chwilę później byli już we wiosce, a swoje kroki od razu skierowali w stronę Trzech Mioteł. Wszyscy zamówili dla siebie po piwie kremowym i pogrążyli się w rozmowie. Tylko Miona siedziała cicho myśląc nad swoją sytuacją kiedy do środka wszedł Draco z jakąś dziewczyną, którą kasztanowłosa kojarzyła ze szkoły. Zszokowana, nie była w stanie oderwać od nich wzroku. Czyli jednak… - pomyślała z rozpaczą i nie czekając na nic zerwała się ze swojego miejsca ledwo widząc przez załzawione oczy wybiegła z knajpy, a zaraz za nią wybiegła Ginny.
- Poczekaj! – krzyczała, ale dziewczyna nie chciała się zatrzymać. Wbiegła do zamku i od razu skierowała się do ich dormitorium, a następnie opadła na łóżko i skuliła się w pozycję embrionalną zanosząc się szlochem.
Ruda dopadła do niej chwilę później i od razu przykucnęła przy łóżku, ale sama nie wiedziała jak ma pocieszyć przyjaciółkę. Położyła się tylko przy niej i przytuliła ją mocno.
- Jak… jak on mógł… - szlochała, a jej całym ciałem wstrząsały dreszcze.
- Cii… - pocałowała ją w czoło – ten dupek nie zasługuje na Ciebie, a tym bardziej na to dziecko.
Dziewczyna tylko pokręciła głową i przeniosła zapłakane spojrzenie na Ginny.
- Muszę stąd wyjechać – pociągnęła nosem. – Najlepiej zaraz.
Widząc cierpienie swojej prawie siostry pokiwała głową.
- Niechętnie, ale zgodzę się z Tobą. Ogarnij się trochę i pójdziemy załatwić Ci wcześniejszy wyjazd do domu – posłała jej ciepły uśmiech i wytarła jej wciąż płynące łzy. Hermiona przywołała chusteczkę i wytarła nos.
- Już – szepnęła cicho i wstała. Razem z przyjaciółką poszły do opiekunki ich domu. McGonagall wysłuchawszy wszystkiego i widząc udręczenie młodej kobiety, zgodziła się na wyjazd pod warunkiem, że panna Granger pod koniec następnego tygodnia wyśle sową wszystkie eseje, które będą zadawane podczas jej nieobecności. Dziewczyna zgodziła się na to z wyraźna ulgą i podziękowała. Ledwo opuściła progi gabinetu profesorki, od razu za pomocą magii, nawet na odległość (co to dla najzdolniejszej czarownicy od czasu Roweny Ravenclaw) spakowała wszystkie swoje rzeczy i przytuliła rudą.
- Dziękuję, że przy mnie byłaś – szepnęła jej do ucha i pocałowała w policzek w momencie jak jej rzeczy zjawiły się obok niej wraz z jej kotem.
- Od tego są przyjaciółki – powiedziała z uśmiechem i patrzyła, jak jej przyjaciółka za pomocą świstoklika teleportuje się do domu.

*****

Rose stała przed lustrem i po raz kolejny poprawiła swój szalik. Chciała wyglądać pięknie, zwłaszcza że szła do wioski z kimś wyjątkowym. Z Theodorem Nott. Zaprosił ją wczoraj po kolacji. Zgodziła się od razu, bo Elsa wcześniej powiedziała jej, że nie ma ochoty na wyjście. W sumie to się jej nie dziwiła. Po tym, co odstawiał Blaise, ona też nie miałaby ochoty widzieć nikogo.
- Przestań się tak mizdrzyć do tego lustra, i tak wyglądasz pięknie – Anderson na chwilę oderwała się od wykonywanej czynności i spojrzała na przyjaciółkę – Padnie z wrażenia kiedy Cię zobaczy.
Zielonooka odwróciła się w stronę łóżka swojej przyjaciółki, bo właśnie tam ona leżała i czytała jakąś książkę.
- Naprawdę tak myślisz? – pogładziła przód swojego płaszczyka. – Nie wyglądam zbyt poważnie?
-Ani trochę – uśmiechnęła się do niej blado i podeszła do swojej komody, a następnie wygrzebała z niej rękawiczki – weź je, bo dziś ci się przydadzą… - podała je jej i przytuliła ją – Bawcie się dobrze, siostrzyczko…
- Naprawdę nie chcesz z nami iść? – zapytała patrząc jej z troską w oczy. – Nie chcę, żebyś została sama…
Pokręciła głową i wróciła na łóżko. – Dam radę, a poza tym nie chcę psuć wam tej randki.
- To raczej nie będzie randka… - westchnęła i przysiadła jeszcze na chwilę do przyjaciółki. – Przynajmniej dla niego – dodała cicho.
Elisabeth uśmiechnęła się do siebie. Mimo, że jakoś ten chłopak nie przypadł jej do gustu, miała do niego żal, że to po części jego wina, że przespała się z Blaisem, ale w głębi duszy chciała, żeby jej najlepsza przyjaciółka była szczęśliwa. Nieraz widziała, jak Nott przyglądał się jej z ukrycia. Jak na nią patrzył. Według niej, dla niego to jak najbardziej będzie randka. Ale nie zdążyła nic odpowiedzieć, gdy wylądowała w łazience, a w tym samym czasie rozległo się pukanie do drzwi.
Zmartwiona i jednocześnie ucieszona Rose wpuściła do środka Theo, który uśmiechał się do niej przyjaźnie znad dwóch kubków z pachnącą kawą na wynos.
- Cześć… - zaczął lekko nieśmiało i wyciągnął przed siebie jeden z kubków. – Przyniosłem nam kawę.
Zielonooka wpuściła go do środka obdarzając go zniewalającym uśmiechem.
- Dziękuję, to bardzo miło z Twojej strony – jednak jej wypowiedź została przerwana przez dziwne odgłosy dochodzące od strony łazienki. Dziewczyna rzuciła przepraszające spojrzenie w stronę chłopaka i ruszyła w stronę drzwi, by po chwili za nimi zniknąć i zobaczyć pochylającą się nad ubikacją swoją bladą przyjaciółkę. Ściągnęła szybko płaszczyk wraz z szalikiem, czapką i rękawiczkami i przypadła do niej.
- Jestem z Tobą kochanie… - odgarnęła z jej mokrego czoła włosy i lekko związała z tyłu. – Jutro pójdziemy do pani Pomfrey, żeby cię zbadała, bo te wymioty trwają już za długo – stwierdziła, kiedy ciałem siostry wstrząsnęły kolejne konwulsje. Anderson pokiwała głową i oparła się o ścianę. Po chwili wyszeptała, a na jej twarz zaczęły powracać kolory. – Już mi lepiej… - powoli wstała i przemyła twarz wodą. Blade przywołała szklankę wody i niepostrzeżenie dolała jej tam kilka kropel eliksiru nasennego. Podała jej miksturę.
-Małymi łyczkami do dna… - poleciła i pomogła jej dojść do łóżka. Theo przyglądał się temu wszystkiemu z lekkim zaskoczeniem.
- Wszystko w porządku? – zapytał
Elsa usiadła na łóżku i okryła kocem, gdyż jej ciałem wstrząsnęły dreszcze. – Chyba złapałam jakąś grypę żołądkową.
-Powinnaś się przespać – powiedział nie patrząc jej w oczy – to powinno chociaż trochę pomóc…
- Dzięki… - rzuciła cicho i wypiła resztę wody, po czym niemal od razu zapadła w sen.
Theo uśmiechnął się do Rosalie.
- Eliksir Słodkiego Snu? – dziewczyna pokiwała głową i zaczęła ponownie ubierać płaszczyk, nadal mając zatroskaną minę.
- Martwię się o nią… - westchnęła i w końcu wzięła od niego kubek z kawą, a następnie kontynuując rozmowę wyszli z dormitorium.
- Może to faktycznie tylko małe zatrucie – próbował ją jakoś pocieszyć, ale sam wiedział, że był kiepskim pocieszycielem.
Zielonooka pokręciła głową. – To trwa już tydzień. Za długo jak na zwykłe zatrucie – zagryzła wargę i wyszeptała – nie chcę, żeby coś jej się stało…
Niespodziewanie objął ją ramieniem.
-Wszystko dobrze się skończy, zobaczysz… - czując jego silne ramie wtuliła się w niego mimowolnie.
- Mam taką nadzieję…
Theodor zabrał ją na spacer wokół Hogsmeade i pokazał jej swoje ulubione miejsca, gdyż dziewczyna niezbyt wiedziała, co mogłaby tu z sobą zrobić. Następnie zabrał ją do centrum wioski na pyszną gorącą czekoladę, a tuż po tym, kiedy spędzili miły czas w kawiarni, ruszyli powoli ścieżką do lasku nieopodal wrzeszczącej chaty.
- Mieszka tu ktoś? – zapytała Rose widząc praktycznie rozpadającą się chatkę. Nott pokręcił głową i parsknął śmiechem.
- Nie, tu tylko straszy – na to stwierdzenie jej oczy rozszerzyły się z przerażenia i aż się cofnęła.
- Nie chce tu być – powiedziała drżącym głosem. – Proszę, zabierz mnie stąd…
-Hej… - mruknął cicho i objął ją w pasie – nie bój się… to tylko legenda, tak naprawdę nikogo tam nie ma, no chyba, że jakiś uczeń chowa się tam przed Filchem –popatrzył jej w oczy – wierzysz mi?
Wtuliła się w niego mocno, drżąc lekko i pokiwała głową. – Wierzę, tylko proszę, nie strasz mnie tak więcej… Nie lubię tego typu żartów.
Spiął się delikatnie, kiedy tak mocno go objęła. Chyba nie był na to gotowy.
Jeszcze…
Wyczuwając jego napięcie odsunęła się szybko od niego a jej policzki pokrył ognisty rumieniec.
- Przepraszam, nie chciałam się przytulać. Po prostu od zawsze takie miejsca mnie przerażały. - Pokręcił głową z uśmiechem.
-Nie szkodzi… Nie jestem po prostu przyzwyczajony do przytulania. – popatrzyła na niego dziwnie.
- To rodzice nigdy Cię nie tulą jak wracasz ze szkoły?
Na wspomnienie o jego bliskich, skulił się w sobie i powiedział cicho – Moi rodzice nie żyją. Nie doczekali końca wojny.
Zassała głośno powietrze i znów miała go ochotę mocno przytulić, ale siłą woli się powstrzymała. Za to złapała jego dłoń w swoją, która była odziana rękawiczką i ścisnęła lekko. – Przykro mi, nie chciałam Cię zranić ani przywoływać przykrych wspomnień… - zacisnęła swoje wargi przeklinając w myślach swój ciekawski język. Odwzajemnił jej uścisk ale nie spojrzał na nią.
-Możemy już wrócić do zamku? – zapytał tonem smutnego, małego chłopca. – Przepraszam, ale chyba nie jestem w nastroju…
Rose pokiwała głową i puściła jego dłoń chcąc ukryć zawód jaki ukazał się na jej twarzy i odwróciła się do niego tyłem i zaczęła iść w kierunku Hogwartu. Żałowała, że przez jej niewyparzony język musieli tak szybko zakończyć rozmowę. Pogrążona w swoich myślach i ze smutkiem wypisanym na twarzy, chociaż ona nie zdawała sobie z tego sprawy szła powoli nie oglądając się za siebie. Chłopak widząc, że zranił ją tymi słowami, dogonił ją i zatrzymał.
- Przepraszam, nie bądź smutna… - na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu – nie powiedziałem, że w zamku nie możemy dokończyć naszej randki.
Mimo, iż się uśmiechał ona widziała pustkę w jego pięknych czarnych oczach. Zanim jej język skonsultował się z mózgiem z jej ust wyleciało pytanie: - Może chcesz spędzić święta ze mną i moimi rodzicami?
Nott otwarł szeroko usta ze zdziwienia i zagapił się na coraz bardziej czerwoną kobietę stojącą przed nim.
- To znaczy… ja… - zaczęła się jąkać i zamilkła nie wiedząc co dalej ma powiedzieć, a następnie spuściła wzrok.
Niespodziewanie przerwał jej przytulając ją do siebie.
- Powiedziałaś to poważnie?
Pokiwała głową nie będąc w stanie czegokolwiek powiedzieć.
Posmutniał.
-Nie chcę sprawiać kłopotu…
Wreszcie spojrzała mu w oczy. – Nie będziesz sprawiał żadnego kłopotu. Moi rodzice na pewno się ucieszą, że ktoś dodatkowy spędzi z nami święta – obdarzyła go lekkim uśmiechem.
- Jeśli tego chcesz, to… Bardzo chętnie spędzę z wami święta – powiedział z lekkim rumieńcem na twarzy – Ale… Obiecaj mi, że zapytasz rodziców, czy to na pewno nie jest problem.
- Obiecuje – w końcu na jej usta wpłyną szczery i szeroki uśmiech. – Ale teraz może faktycznie wróćmy do zamku, bo robi się coraz chłodniej.
Theo przystał na jej pomysł i skierowali swoje kroki prosto do Hogwartu, gdzie poszli jeszcze razem na kolacje, którą zjedli wspólnie pod ostrzałem ciekawskich i oskarżycielskich spojrzeń, a następnie chłopak odprowadził ją pod dormitorium.
- Dziękuję za miło spędzony czas – odezwała się po chwili niezręcznego milczenia Rose. – I dziękuję, że pokazałeś mi swoje ulubione miejsca, są naprawdę niesamowite.
Nott tylko się uśmiechnął.
-Nie musisz dziękować. To była dla mnie sama przyjemność.
Nieoczekiwanie pocałował ją w policzek, a gdy ona zorientowała się, co właśnie się stało, jego już nie było. Zarumieniona i widocznie szczęśliwa weszła z szerokim uśmiechem do pokoju, który okazał się pusty. Zdezorientowana dostrzegła małą karteczkę na biurku. Podeszła i wzięła do ręki krótki list, a kiedy go przeczytała jej oczy rozszerzyły się ze strachu i z hukiem wypadła z dormitorium.

*****

Elsa zaraz po przebudzeniu od razu zerwała się do łazienki, gdyż znów zebrało jej się na wymioty. Kiedy wyrzuciła z siebie jedynie żółć, wstała i podeszła do umywalki patrząc na swoje blade i wyczerpane odbicie.
- Pięknie wyglądasz Anderson, nie ma co – stwierdziła z sarkazmem i pokręciła głową. Umyła szybko zęby, zrobiła lekki makijaż i po ubraniu dresów i ulubionej grubej bluzy poszła szukać książek na esej z Eliksirów. Mimo iż była sobota i wyjście do Hogsmeade kilkoro uczniów postanowiło zostać w zamku tak jak i ona. Idąc do biblioteki spotkała znajomych ze Slytherinu, ale tylko kiwnęła im głową. Nie miała ochoty z nikim rozmawiać. Wciąż było jej niedobrze i czuła posmak żółci w ustach. Popchnęła podwójne drzwi wejściowe i przywitała się z panią Pince i skierowała swoje kroki od razu na odpowiedni dział. Kilkanaście minut zajęło jej znalezienie odpowiednich książek. Jedna z nich była wyjątkowo na najwyższej półce. Wiedząc, że nie można używać na nich magii wspięła się na pobliską drabinę. Nagle pociemniało jej przed oczami, zachwiała się i mdlejąc spadła drabiny. Huk jakiego narobiła sprowadził bibliotekarkę, która widząc co się stało od razu wyczarowała nosze i za pomocą zaklęcia lewitacji szybko zaniosła ją do Skrzydła Szpitalnego. Po drodze wpadła na Blaisea Zabiniego, który właśnie wracał z wioski z nową dziewczyną. Jego wzrok od razu uciekł do bladej Anderson leżącej na noszach. Zatrzymał Pince.
- Pani profesor, co jej się stało? – zapytał chcąc się czegoś dowiedzieć. Bibliotekarka pokręciła głową ze zdenerwowaniem.
- Nie wiem chłopcze. Usłyszałam tylko huk, a jak poszłam to znalazłam ją leżącą na ziemi obok drabiny. Wydaje mi się, że zasłabła jak sięgała po jakąś książkę i zleciała z wysokości. Mam nadzieję, że to nic poważnego, tylko zasłabnięcie. – Minęła go, i szybkim krokiem ruszyła w stronę skrzydła. Zabini nieco się zmartwił, ale nie dał tego po sobie poznać, gdyż nie chciał stracić ‘ Dobrego-Obiektu-Do-Gnębienia’. Jednak w głębi obiecał sobie, że gdy nikt nie będzie widział, pojawi się, żeby zobaczyć co u niej. W łóżku była dobra. Może gdyby spróbował, udałoby mu się jeszcze raz ją tam zaciągnąć? Jednak na razie nie ma co narzekać, przecież dziś w jego menu widnieje piękna, długonoga blondynka ze Slytherinu. Nie zważając na publikę zgarnął ją w swoje ramiona i pocałował namiętnie na co dziewczyna odpowiedziała mu tym samym.
- Może odpuścimy sobie kolację i od razu pójdziemy po deser? – wymruczał jej do ucha przygryzając jednocześnie jej płatek na co przeszedł ją dreszcz.
- Och kochanie – zaświergotała. – Czekałam na to cały dzień.
Blaise uśmiechnął się pod nosem i zaciągnął ją do sypialni, by dopisać kolejną łatwą dziewczynę do jego listy podbojów.

*****

Rose wpadła do Skrzydła Szpitalnego dysząc ciężko. Wzrokiem odnalazła swoją siostrę i od razu do niej podbiegła. Elsa była wciąż nieprzytomna, ale na jej twarzy pojawiły się chociaż kolory. Usiadła obok niej i złapała jej zabandażowaną dłoń w swoją.
- Przepraszam aniołku… - wyszeptała cicho, a w jej oczach pojawiły się łzy. – Nie powinnam zostawiać cię samej…
Dziewczyna na łóżku drgnęła i obudziła się otwierając powoli swoje niebieskie oczy.
- Rose? To Ty? – wyszeptała.
- Przepraszam, że cie zostawiłam… - wyszeptała cicho szlochając. Elisabeth powoli podniosła się na łóżku i przytuliła się do niej.
-Nie obwiniaj się, przecież to nie jest twoja wina – uśmiechnęła się do niej – Już nic mi nie jest…
Ostrożnie wstała i ujęła jej dłoń. – Chodź, wróćmy do dormitorium… Miałam tu zostać tylko do czasu aż obudzę się z drzemki. Tak powiedziała pani Pomfey zanim zasnęłam. Jednak zanim zdążyła zrobić chociaż jeden krok, przy jej łóżku pojawiła się pielęgniarka.
- Dobrze, że jeszcze cię złapałam, Panno Anderson. – nie czekając na jej reakcję, ułożyła ją z powrotem na łóżku i zaczęła badać, wcześniej delikatnie wyganiając Rosalie tuż za wyczarowany parawan. – Coś mi się nie zgadza. Muszę cię zbadać jeszcze raz.
Dziewczyna nie mając innego wyjścia, cierpliwie czekała na to, aż badanie dobiegnie końca. Jednak po chwili się spięła widząc minę pielęgniarki.
- Dziecinko… - powiedziała zatroskanym głosem – Muszę o to zapytać… - westchnęła, przymknęła na chwilę oczy i w końcu wydusiła to z siebie – Czy uprawiałaś z kimś seks odkąd przyjechałaś do szkoły?
Elsa wstrzymała oddech i pokiwała lekko głową nie patrząc jej w oczy. Pomfrey westchnęła ciężko i przysiadła na jej łóżku.
- A czy użyliście zabezpieczenia? – zapytała musząc dowiedzieć się czegoś więcej.
- Nie – wyszeptała cicho. Kobieta spojrzała na nią ze współczuciem.
- Przykro mi kochanie, ale jesteś w 13 tygodniu ciąży.
Dziewczyna głośno wciągnęła powietrze i zaczęła szlochać. Dlaczego akurat jej musiało się to przytrafić? To był tylko jeden raz… Pierwszy raz… Dziecko? To nie jest możliwe. Ona nie chce mieć dziecka. Nie teraz i nie z nim. Z pieprzonym Blaisem Zabinim, którego zamiast nienawidzić, zaczyna tolerować, mimo tego, jak ją traktuje.
Pomfrey w tym czasie zlikwidowała parawan i podeszła do przestraszonej Rose dotykając jej ramienia.
- Idź, zabierz ją do dormitorium… Ona potrzebuje teraz czyjegoś oparcia, bo jest w rozsypce. Ta wiadomość nią wstrząsnęła – westchnęła poirytowana odchodząc – coraz więcej takich przypadków… Za chwilę to stanie się rutyną.
- Ale co jej jest? – zapytała nie wiedząc o co chodzi. Pielęgniarka zatrzymała się i rzuciła: - pani przyjaciółka jest w 13 tygodniu ciąży.
Oczy Rose rozszerzły się i nie czekając na nic dopadła do Elsy przytulając ją od razu.
- Damy sobie radę – powiedziała od razu.
- Ja nie chcę… - powiedziała między szlochami, mocno tuląc się do przyjaciółki.
- Wiem… - zaczęła płakać razem z nią. – Tak bardzo cię przepraszam… To wszystko moja wina… To ja namówiłam cię na przyjazd tutaj… To ja zabrałam Theo do siebie przez co musiałaś spać z Blaisem… Przepraszam…
Warknęła na nią od razu przez łzy.
- Przestań się obwiniać do cholery! To nie twoja wina, nie ty wpakowałaś się mu do łóżka!
- Ale gdyby nie ja to nigdy do takiej sytuacji by nie doszło! – patrzyła jej ze złością w oczy. – Może i nie ja wpakowałam się mu do łóżka, ale się do tego przyczyniłam! – znów wpadła jej w ramiona.
Teraz rozpłakała się już na dobre. Niestety, ale głosik z tyłu jej głowy podpowiadał jej, że po części Rose ma rację. Nie chciała, żeby tak było, ale niestety to była prawda.
- Chodźmy… - ponownie wstała z łóżka i ujęła jej dłoń. Chwilę później wyszły ze skrzydła szpitalnego i udały się do lochów. Jednak Elsa zatrzymała się przed kamienną ścianą, która umożliwiała Ślizgonom wejście do ich Pokoju Wspólnego.
- A jeśli on tam będzie? – zapytała ze łzami w oczach. Blade objęła ją mocno.
- Wiesz, że musisz mu o tym kiedyś powiedzieć, prawda? – Elsa od razu pokręciła głową.
- Nie może się dowiedzieć. I tak nie uzna dziecka, a mi przysporzy tylko kolejnego cierpienia – po jej policzkach znów popłynęły łzy. Zielonooka przytuliła ją do siebie po raz kolejny i nie odpowiadając podała hasło. Wprowadziła ją do środka i nie patrząc na nikogo szybko znalazły się w swoim dormitorium. Tam obie położyły się na łóżku jednej z nich i przytulone do siebie spędziły kolejną bezsenną noc na płakaniu i rozmawianiu o dorosłości, która nadeszła szybciej, niż się spodziewały.

*****

Witajcie!
Po dość długiej przerwie pojawiam się z kolejnym rozdziałem dłuższym niż poprzednie. To zasługa weny, która ostatnimi czasy robi wybryki i znika w najmniej oczekiwanym momencie.
Mam nadzieję, że ktoś jeszcze czyta bloga. Pomimo braku odzewu z Waszej strony co do zostawiania komentarzy postanowiłam jednak nie zawieszać bloga. Jest mi przykro, że zignorowaliście moją prośbę, ale trudno.
Kolejny rozdział mam nadzieję, że jeszcze w tym roku.
Pozdrawiam,
SEL ♥♥♥