Na dworze było już widać pierwsze oznaki zimy. Minął już miesiąc od pamiętnych dla grupy Ślizgonów wydarzeń. Theo wrócił już do swojego dormitorium, chociaż wolałby zostać z Rose. Wspólne przebywanie przez tydzień w jednym pokoju zbliżyło ich do siebie. Blaise chętnie dokuczał Elsie, co postawił sobie za punkt honoru, z niewiadomego powodu. Za to dziewczyna udawała, że nic jej to nie rusza. Ale w nocy, kiedy nikt jej nie widział, oprócz swojej przyjaciółki, wypłakiwała jej się w ramię. Strasznie żałowała tego, co się stało pomiędzy nią, a Zabinim.
Mimo późnej pory Rose spacerowała samotnie po błoniach. Wiedziała, że czeka ją kolejna ciężka noc, podczas której będzie musiała pocieszać przyjaciółkę. Usiadła pod swoim ulubionym drzewem i zapatrzyła się na taflę jeziora. Lubiła tutaj przebywać. Tu zawsze było cicho i spokojnie.
-Mugole mówią, że nie wolno siedzieć na ziemi... można się rozchorować. - Tuż obok usłyszała głos Blaisa.
- Nie Twój biznes gdzie siedzę - warknęła.
- Oj, nie tak ostro... - udał że go to zabolało.
Wzięła głęboki oddech, żeby się uspokoić i nie dać mu w twarz.
- Chcesz czegoś czy przyszedłeś mi podokuczać?
-Akurat przechodziłem, zauważyłem Cię, więc podszedłem zobaczyć co u koleżanki z domu...
- Wszystko dobrze, możesz już sobie iść.
-A co u mojej ulubionej koleżanki? - uśmiechnął się wrednie.
Z trudem zachowała milczenie, nie chcąc wdawać się z nim w dyskusje.
- Słyszałem, że nudzi się jej beze mnie... - powiedział, siadając obok niej. Odsunęła się od niego od razu.
- Wyobraź sobie, że jest jej teraz lepiej. - wskazała brodą na jedną z Krukonek, która przyszła za Blaisem.
- Myślę że Twoja nowa... dziewczyna - to słowo niemal wypluła - bardzo się już za Tobą stęskniła.
-Też tak myślę. - wstał i objął dziewczynę w pasie, a następnie namiętnie ją pocałował na jej oczach - Aha, jak możesz, to nie pozdrawiaj Anderson ode mnie. - rzucił, kiedy oderwał się od swojej nowej lalki.
Prychnęła i wstała z gracją a następnie zwróciła się do dziewczyny. - Nie łudź się, że zostanie z Tobą dłużej niż do momentu, jak Cię zaliczy. On umie tylko pieprzyć, bo kochać potrafi wyłącznie siebie - po tych słowach, z podniesioną głową odeszła w stronę zamku. Dziewczyna tylko skrzywiła się teatralnie słysząc słowa ślizgonki i ponownie pocałowała swojego ukochanego. Blaise odsunął ją od siebie. Widać było, że jest wkurzony. - Zostaw mnie.
-Ale kochanie... Co się stało? - popatrzyła na niego ze łzami w oczach.
- Powiedziałem odejdź!
Przestraszona Krukonka szybko uciekła w stronę zamku. On stał jeszcze chwilę w tym samym miejscu, ale widząc, że nie jest w stanie się uspokoić, wkurzony chłopak zmienił swoje ubranie w coś wygodniejszego, i żeby odreagować rozmowę z Rose, zaczął biegać wokół jeziora.
W międzyczasie Panna Blade wróciła do dormitorium. Zdenerwowana do granic możliwości, z hukiem zamknęła drzwi i usiadła na swoim łóżku chowając twarz w dłoniach. Nawet nie zauważyła, że jej przyjaciółka siedzi na łóżku blada. Lecz kiedy tylko zobaczyła w jakim stanie jest Rose, od razu do niej podeszła i usiadła obok.
- Co się stało? - zapytała spokojnie Anderson, chociaż trochę słabo.
Rosalie pokręciła głową.
- Nieważne... Miałam małe spięcie z kimś.
-Rozumiem... - ziewnęła i oparła głowę o jej ramię - Strasznie chce mi się spać...
- Połóż się... Jest już w sumie trochę późno... - popatrzyła na zegarek, który wskazywał dopiero na 21. - A jutro pierwsze Eliksiry...
-Dobrze... dobranoc... - zdążyła ledwo dojść na łóżko i już po kilku sekundach było słychać jej równomierny oddech. Rose podeszła do niej i nakryła kołdrą. Martwiła się o przyjaciółkę... Ostatnio chodziła ciągle zdenerwowana albo przygnębiona. A wszystko przez tego idiotę... - I przez Ciebie też...- wyszeptała jej podświadomość. Nie mogła się z nią nie zgodzić. Po części to jej wina. Gdyby nie przyjęła pod ich dach Theo, do niczego by nie doszło... Westchnęła ciężko i udała się do łazienki. Niestety już nie mogła tego odkręcić. Powoli się rozbierała a jej myśli wciąż były przy Elsie. Postanowiła, że zrobi wszystko, żeby więcej już nie cierpiała. A przynajmniej nie przez Niego. Z takim postanowieniem szybko wzięła prysznic, ubrała swoją ulubioną piżamę i wróciła do pokoju, gdzie położyła się do łóżka i zmęczona całym dniem również szybko zapadła w sen.
*****
Draco wychylił się z łazienki z delikatnym uśmiechem
- Kochanie, zapraszam na kąpiel.
- Za chwilę... - odpowiedziała pochylona nad esejem z Obrony Przed Czarną Magią.
Podszedł do niej po cichu i pocałował ja w kark wcześniej delikatnie odsuwając jej włosy. - Esej nie ucieknie.
Uśmiechnęła się lekko. - Ale jeśli skończę go teraz to będziemy mogli spędzić więcej czasu w wannie...
Mruknął z aprobatą prosto w jej szyję. - W takim razie posiedzę z tobą i popatrzę jak piszesz.
- Dobrze... - cmoknęła go szybko w usta i wróciła do pisania z jeszcze większym zapałem. Szybko się z tym uporała i pozwoliła, żeby Draco zaniósł ją do łazienki. Z zadowoleniem zaczął powoli ją rozbierać, ukazując jej ciało. Gdy oboje już nie mieli na sobie ubrań, blondyn pomógł wejść Mionie do wanny, a sam usadowił się za nią, przytulając się do jej pleców. Dziewczyna położyła jego ręce na swoim brzuchu z cichą nadzieją. On myśląc, że chce się przesunąć, po prostu jeszcze bardziej przyciągnął ja do siebie. Wtuliła twarz w jego szyję.
- Miło...
- Mhm... - delikatnie zaczął myć jej ciało.
Westchnęła cicho. - A co z Theo? Jak sie trzyma? Widuje go tylko na zajęciach...
-Wszystko powoli wraca do normy... - zatrzymał się na chwilkę - chociaż... Theo teraz jakby... trochę żyje w swoim świecie...
- Co masz na myśli? - odwróciła się lekko w jego stronę.
- Rzadko się odzywa... Często wychodzi gdzieś sam zabierając miotłę...
- A nie boicie się zostawiać go samego?
- Rzuciłem na niego zaklęcie, tak, że wiemy, jak coś kombinuje -pocałował ją w policzek.
Pokiwała głową. - Rozumiem... Nie uważam, że to nie fair wobec Theo, ale nie widzę innej opcji.
-Ja też nie widzę. Theodor jest po prostu zbyt głupi żeby pozwolić mu na samowolne działanie. - westchnął.
- Przestań - uderzyła go lekko w tors. - On nie jest głupi, tylko trochę się pogubił.
Przytulił ja do siebie i powrócił do mycia jej ciała - To nie zmienia faktu, że ma nas i mógł z nami porozmawiać.
- Wasza trójka jest zamknięta w sobie... Nie do końca potraficie ze sobą porozmawiać tak szczerze i od serca.
-Wiem, ale sama wiesz dlaczego tak jest... - powiedział cicho przypominając sobie o służbie u Czarnego Pana.
- Wiem... - odwróciła się do niego przodem i przytuliła go mocno, chociaż było jej trochę niewygodnie. - Ale tamte czasy już nie wrócą – powiedziała z mocą.
Nie odpowiedział nic, tylko pocałował ją we włosy i schował w nich twarz. Gładziła go lekko po plecach i karku, pozwalając wrócić do teraźniejszości. Chwilę później powrócili do wzajemnego pieszczenia swoich ciał i mycia się nawzajem. Miona przygryzła wargę i popatrzyła poważnie w oczy Draco.
- Kochanie? Chciałabym o czymś z Tobą porozmawiać...
- Taak? Co sie stało? - zapytał czule
- Chciałam Ci powiedzieć już dawno, ale jakoś nie było okazji. Najpierw wojna i Twój proces... Później powrót do szkoły i problem z Theo... - mówiła cicho i ze spuszczonym wzrokiem.
-Skarbie - Draco był zdenerwowany, ale nie dał tego po sobie poznać - popatrz na mnie i powiedz, co Cię trapi.
Ponownie zagryzła wargę i podniosła wzrok spoglądając mu w oczy.
- Jestem w ciąży - wyszeptała.
Jego mina z czułej zrobiła się najpierw zszokowana , żeby po chwili wyrażać złość. Szybko wstał i wyszedł z wanny, po czym z całej siły uderzył pięścią w ścianę. - Jak to do cholery jesteś w ciąży?! - warknął -Nie. my nie możemy mieć dziecka... ja... - oparł się o umywalkę tyłem do niej, jakby próbując się uspokoić, po czym chwilę później odwrócił się w jej kierunku już bardziej opanowany. On nie mógł mieć dziecka! Nie teraz! Oczywiście, że bardzo tego chciał, z Hermiona, ale jest jeszcze na to za młody... oboje zresztą są. - Musisz usunąć to dziecko. – powiedział stanowczo- Nie widzę innej opcji.
Porażona jego słowami nie mogła wydobyć z siebie głosu. Na przemian otwierała i zamykała usta. Nie dochodziły do niej słowa Draco. Jak to ma usunąć dziecko? Owoc ich miłości? Po jej twarzy zaczęły płynąć łzy. - Jak... jak to mam... - potrząsnęła głową. - Mam zabić nasze dziecko? - Powoli podniosła się do góry i położyła dłonie na swoim brzuchu. - Przecież to nasza malutka Kruszynka...
Nie mogąc tego słuchać, po prostu się ubrał i wyszedł z dormitorium trzaskając drzwiami. Powoli wyszła z wanny i wysłała patronusa do Ginny. Niczym robot wytarła się i ubrała. Miała mętlik w głowie. On nie chce dziecka! - krzyczała jej podświadomość. Weszła powoli do sypialni i usiadła na łóżku z szokiem malującym się na twarzy. Ruda wpadła do jej pokoju niczym bomba i momentalnie znalazła się przy niej.
- Mionka, proszę, nie denerwuj się. Wszystko na pewno jakoś się ułoży, a tego gada... - syknęła - to ja osobiście zabije.
Podniosła na nią pusty wzrok. - On mnie nie kocha... Skoro nie chce... Nie chce Jego... - przytuliła się mocno do przyjaciółki i zaczęła płakać.
- Kocha Cię! - zapewniała ją przyjaciółka - ale po prostu... Taka informacja to dla niego dużo... pewnie teraz żałuje, ze to powiedział.
- Ale on nie wziął pod uwagę moich odczuć! Nie pomyślał jak jego reakcja mnie zaboli?! - prawie krzyczała. - Ja też nie planowałam teraz dziecka! Ale stało się i będziemy rodzicami!- ściszyła głos. - A raczej to ja będę matką...
-A on ojcem. -westchnęła młodsza Gryfonka i objęła Herm ramieniem - po prostu potrzebuje czasu żeby to przemyśleć.
- Tylko jak długo. - oparła głowę o jej ramię i znów zapłakała. - Mogę dzisiaj spać u Ciebie? Proszę... Nie zniosę spania tutaj... Nie po tym, co usłyszałam.
-Oczywiście -wstała i wzięła ją pod rękę – chodź, pewnie jesteś zmęczona. Zresztą nie mam się czemu dziwić.
Pokiwała głową. Wzięła jeszcze kilka najpotrzebniejszych rzeczy do małej torby, spakowała esej na jutro i obie wyszły z dormitorium. Gdy tylko zaszły do sypialni, Gin zrobiła Mionie herbatę, do której wlała eliksir Słodkiego Snu, nie chcąc patrzeć jak jej najlepsza przyjaciółka cierpi. Nie upłynęło kilkanaście minut jak Hermiona już spała. Gryfonka przykryła przyjaciółkę kocem i sama położyła się obok niej. Musiała sobie porozmawiać z Draconem. I to poważnie.
*****
Draco wyszedł z dormitorium i skierował się prosto na błonia, a później na ścieżkę prowadzącą do Hogsmeade. Potrzebował czegoś mocniejszego. Będzie ojcem... Ta informacja nie mogła dotrzeć do jego mózgu. To było zbyt trudne, żeby mógł to pojąć swoim arystokratycznym umysłem. Szedł szybkim krokiem nie oglądając się za siebie. Chciał jak najszybciej znaleźć się na miejscu. Upić się i zapomnieć o wszystkim. Hermiona na pewno nie była w ciąży. Musiało się jej coś pomylić. Dotarł do Trzech Mioteł, a już po chwili stała przed nim butelka, pełna Ognistej i szklanka, z której właśnie zdrowo wychylał. Nie rozglądał się po lokalu, tylko siedział wpatrzony w bursztynowy płyn. W głowie cały czas miał jedną myśl: zostanie ojcem. Jak to możliwe? Przecież brała eliksir antykoncepcyjny- westchnął. - Ciekawe, czy to będzie ona, czy on... - pokręcił głową chcąc wyrzucić z siebie tą myśl. Miona musi usunąć ciążę i koniec kropka. Osuszył na raz całą szklaneczkę, od razu na nowo ją napełniając. Tylko jak on ma zmusić Gryfonke do pozbycia się tego problemu? Przecież już mu zakomunikowała, że tego nie zrobi. Z każdą wypitą szklaneczką, jego pomysły robiły się coraz głupsze. Nawet nie zauważył, kiedy wypił sam drugą butelkę. Nieźle już wstawiony zostawił na stoliku kilka galeonów i powoli zbierał się do wyjścia.
- Jesteś pewien, że poradzisz sobie sam? - jego przyjaciel Nott stanął za nim i podniósł go do pionu, przerzucił rękę przez swoje ramię i powoli poprowadził w stronę zamku. -Co się stało stary? Czemu nie jesteś teraz z Miona? Jakiś mały kryzys?
-Szo... szo Ty.. tu obisz? - opierał się całym ciałem na Theodorze, ledwo stawiając kroki, a nogi i tak mu się plątały.
- Przechodziłem obok i zobaczyłem Cię w środku... - szedł z nim bardzo powoli. Przez chwilę milczał.
- Moi... Miona... jesz... w... ciąszy...
-Co? - Theo o mało nie puścił przyjaciela stając jak wryty - w ciąży? Draco... jesteś pijany. Za dużo Ognistej i w głowie Ci się miesza. - stwierdził od razu nawet nie zastanawiając się nad jego słowami.
Pokręcił szybko głową, omal nie wywracając ich obu.
- To... parawda... - coraz trudniej było mu mówić a język plątał się niebywale.
-Powinieneś iść spać, bo bredzisz.
Sam nie wie jakim cudem, ale dotarł do jego dormitorium, które było puste. Jednak Draco nawet tego nie zauważył, bo gdy tylko jego głowa dotknęła poduszki, od razu zapadł w sen.
Theo lekko zaskoczony całą tą sytuacją wrócił do siebie i również od razu poszedł się położyć. Jednak za nim zasnął, wrócił wspomnieniami do sytuacji sprzed kilkunastu dni.
Wszedł do wielkiej sali i już miał usiąść, gdy od tyłu napadła go jego 'ukochana'.
- Kochanie! - zaświergotała, rzucając mu się ma szyję i całując go w usta.- Gdzieś Ty się podziewał ostatnimi czasy? - zapytała zanim Theo cokolwiek odpowiedział. - Twoi koledzy nic mi nie chcieli powiedzieć...
-Nie powinno Cię to interesować - rzucił sucho i odkleił ją z trudem od siebie.- Oczywiście, że interesuje! - krzyknęła oburzona. - Przecież jestem Twoją dziewczyną! Wszyscy zebrani na śniadaniu zamilkli, żeby posłuchać co się wydarzy. - Już nią nie jesteś. - rzucił tylko w jej kierunku, patrząc na nią zimnym spojrzeniem pełnym złości.- Ale... Ale dlaczego? - widać, że była w szoku, a trybiki w jej głowie obracały się z zawrotną prędkością, żeby przypomnieć sobie czy zrobiła coś, co mógłby zobaczyć Theo.
-Już dobrze wiesz dlaczego. - warknął - wieża astronomiczna. Mówi Ci to coś? Przypomniało Ci się, jak pieprzyłaś się tam z Goylem i Crabem?
Jej twarz momentalnie pobladła, ale zaraz odzyskała rezon. - Ale kochanie, to nic dla mnie nie znaczyło! Ty nie okazywałeś mi ostatnio czułości, a ja za tym tęskniłam - powiedziała robiąc smutną minkę, żeby go zmiękczyć.
- Nawet nie próbuj się tłumaczyć. Mam dość. Zejdź mi z oczu, Parkinson. - odwrócił się do niej plecami i zaczął jeść swoje śniadanie obok przyjaciół.
Nie zamierzała tak szybko odpuścić. Usiadła obok niego i przytuliła do jego boku.
- Skarbeńku... Proszę, daj mi jeszcze jedną szansę...
- Powiedziałem nie! Znajdź sobie innego kutasa który zniesie wszystkie te twoje wybryki! - przerwał jej uderzając pięścią w stół mega wkurzony.
- Kiedy ja chce być z Tobą! - zawołała płaczliwie.
-Ale ja nie chcę. - odwrócił się do Blaisa i zaczął z nim rozmowę.
- Jeszcze do mnie wrócisz! - wykrzyczała i wybiegła z Wielkiej Sali.
- Wybacz ale mam na oku kogoś innego, dziwko - mruknął pod nosem i zabrał się za jedzenie. Jego wzrok jednak powędrował w stronę pewnej zielonookiej dziewczyny, która właśnie rozmawiała cicho ze swoją przyjaciółką.
Nawet teraz, gdy zasypiał, cały czas widział te śliczne oczy. Uśmiechnął się jeszcze delikatnie sam do siebie i zapadł w spokojny, głęboki sen.
*****
Połowa grudnia
Dzisiaj wyjście do Hogsmeade – pomyślała smutno Hermiona patrząc przez oszronione okno na zasypane lekką warstwą śniegu błonia. Tyle czasu już minęło od jej ostatniej rozmowy z Draconem. Przez ten okres mieszkała z rudowłosą przyjaciółką w jej dormitorium. Chłopak nadal nie zmienił zdania co do ich dziecka. To było dla niej nie do pomyślenia. Przecież to ICH dziecko. Może nie było planowane, ale spłodzili je z miłością. Przynajmniej jej się tak wydawało. Jakże srogo się pomyliła. Westchnęła i opuściła wzrok na swój brzuch, na którym wcześniej położyła dłoń.
- Poradzimy sobie, kruszynko… - wyszeptała, a po jej policzku spłynęła niechciana łza. – Może wychowasz się bez taty, ale będziesz miał mamę, ciocię i najwspanialszych dziadków na świecie – uśmiechnęła się blado.
Jej myśli zostały przerwane przez Ginny, która wpadła do pokoju jak huragan.
- Gotowa? – wysapała dziewczyna.
- Już prawie – odchrząknęła lekko, aby pozbyć się guli z gardła i podeszła do szafy, żeby wyjąć jedyną kurtkę, która na nią jeszcze pasowała. – Muszę zrobić dzisiaj zakupy, bo już w nic się prawie nie mieszczę – poskarżyła się.
- To znaczy, że malutka rośnie duża i zdrowa – przytuliła się do niej do jej pleców.
Miona tylko pokiwała głową nadal będąc przygnębiona myślą, że córeczka, która rozwija się w jej łonie wychowa się bez swojego ojca. Ginny, która widziała, że Hermiona nadal jest smutna, pociągnęła ją za rękę.
- Chodź, bo zaraz zajmą wszystkie dobre miejsca w Trzech Miotłach! – wyszły, a raczej niemal wypadły z dormitorium i zbiegły po schodach wpadając niechcący na dwóch chłopaków – Harry’ego i Rona.
- Miona, cześć – Złoty Chłopiec uśmiechnął się na jej widok i przytulił do siebie uważając na dziecko. Kiedy Ginny powiedziała mu jaka jest sytuacja to w pierwszej chwili chciał iść i wpierdolić Malfoyowi, ale rudowłosa go powstrzymała. I dzięki Merlinowi za to. Po ochłonięciu stwierdził, że oboje są dorośli i sami muszą dojść do porozumienia. Postanowił, że będzie przy przyjaciółce nie ważne, co się stanie. Była dla niego siostrą, o którą musiał dbać. – Jak się czujesz? – zapytał, patrząc jej w oczy.
- W porządku… - odpowiedziała lekko wymijająco, gdyż nie miała nastroju, żeby rozmawiać dzisiaj z kimkolwiek, kto nie nazywa się Ginevra Weasley.
- A jak ma się moja mała dziewczynka?
-A skąd wiesz, że to dziewczynka? – zapytała szczerze zdziwiona.
Potter wskazał podbródkiem na rudowłosą dziewczynę i uśmiechnął się. – Gin powiedziała mi wczoraj, zaraz po twoim badaniu USG. – widząc po jej minie, postanowił zmienić temat – Wybieracie się może teraz do Hogsmeade?
Obie dziewczyny pokiwały głowami, a Ron zapytał z przekąsem.
-Nie powinnaś teraz pieprzyć się gdzieś ze swoją blond fretką? – uniósł ręce i spojrzał w górę – Godryku, zapomniałem, przecież on nie uznaje tego dziecka. – widać, że chciał coś do tego dodać, ale został zaatakowany przez własną siostrę, która rzuciła się na niego z paznokciami.
- Jak mogłeś to powiedzieć?! – Ronald odepchnął ją, chcąc się obronić, lecz ona była szybsza. Rozorała paznokciami jego lewy policzek, zostawiając trzy głębokie i krwawiące rany. Chłopak od razu chwycił się za policzek, a przez jego palce zaczęła wydobywać się krew.
- Ty dziwko! – wrzasnął, zapominając, że mówi do swojej siostry.
- Weasley, chyba się zapominasz i nie wiesz,co do kogo mówisz – warknął Harry i chwycił rudzielca za przód jego bluzy, a następnie popchnął go na ścianę i wyjął różdżkę, którą skierował wprost na niego – Może zachowuję się w tym momencie jak jakiś pieprzony Ślizgon, ale ostrzegam Cię, powiedz jeszcze raz coś takiego do Miony, albo obraź swoją siostrę, a przysięgam, że zrobię z twoich jaj nową okładkę na książkę do eliksirów. – puścił go, a następnie objął obie dziewczyny ramionami i zostawiając go samego w korytarzu, wyszli ze szkoły na zaśnieżone Błonia nie oglądając się za siebie.
Hermiona poniekąd rozumiała zachowanie Ronalda. Wiedziała, że to zawsze on chciał być na miejscu Draco w jej życiu…
Właśnie…
Draco…
Jej druga połowa, która w jednym momencie przestała ją kochać…
Mogła mieć obu, a teraz nie ma żadnego…
Zacisnęła mocno wargi, żeby się nie rozpłakać. Musiała być silna. Nie dla siebie, ale dla dziecka, które rosło jej w łonie. Nieświadomie położyła dłoń na brzuchu, a przechodzące obok niej dziewczyny od razu zaczęły szeptać.
- Mówiłam Ci, że jest w ciąży, a Malfoy ją zostawił bo podobno to nie jego dziecko tylko Pottera – jedna z nich powiedziała to na tyle głośno, że szept doszedł do ich uszu. Kasztanowłosa skuliła się w sobie i wtuliła bardziej w swojego przyjaciela, który z mordem w zielonych oczach popatrzył za oddalającymi się szybkim krokiem kobietami.
- Nie przejmuj się tym kochanie – pocieszyła ją Ginny. – To są tylko plotki wyssane z palca i każdy kto Cię zna wie, że są nieprawdziwe.
Chwilę później byli już we wiosce, a swoje kroki od razu skierowali w stronę Trzech Mioteł. Wszyscy zamówili dla siebie po piwie kremowym i pogrążyli się w rozmowie. Tylko Miona siedziała cicho myśląc nad swoją sytuacją kiedy do środka wszedł Draco z jakąś dziewczyną, którą kasztanowłosa kojarzyła ze szkoły. Zszokowana, nie była w stanie oderwać od nich wzroku. Czyli jednak… - pomyślała z rozpaczą i nie czekając na nic zerwała się ze swojego miejsca ledwo widząc przez załzawione oczy wybiegła z knajpy, a zaraz za nią wybiegła Ginny.
- Poczekaj! – krzyczała, ale dziewczyna nie chciała się zatrzymać. Wbiegła do zamku i od razu skierowała się do ich dormitorium, a następnie opadła na łóżko i skuliła się w pozycję embrionalną zanosząc się szlochem.
Ruda dopadła do niej chwilę później i od razu przykucnęła przy łóżku, ale sama nie wiedziała jak ma pocieszyć przyjaciółkę. Położyła się tylko przy niej i przytuliła ją mocno.
- Jak… jak on mógł… - szlochała, a jej całym ciałem wstrząsały dreszcze.
- Cii… - pocałowała ją w czoło – ten dupek nie zasługuje na Ciebie, a tym bardziej na to dziecko.
Dziewczyna tylko pokręciła głową i przeniosła zapłakane spojrzenie na Ginny.
- Muszę stąd wyjechać – pociągnęła nosem. – Najlepiej zaraz.
Widząc cierpienie swojej prawie siostry pokiwała głową.
- Niechętnie, ale zgodzę się z Tobą. Ogarnij się trochę i pójdziemy załatwić Ci wcześniejszy wyjazd do domu – posłała jej ciepły uśmiech i wytarła jej wciąż płynące łzy. Hermiona przywołała chusteczkę i wytarła nos.
- Już – szepnęła cicho i wstała. Razem z przyjaciółką poszły do opiekunki ich domu. McGonagall wysłuchawszy wszystkiego i widząc udręczenie młodej kobiety, zgodziła się na wyjazd pod warunkiem, że panna Granger pod koniec następnego tygodnia wyśle sową wszystkie eseje, które będą zadawane podczas jej nieobecności. Dziewczyna zgodziła się na to z wyraźna ulgą i podziękowała. Ledwo opuściła progi gabinetu profesorki, od razu za pomocą magii, nawet na odległość (co to dla najzdolniejszej czarownicy od czasu Roweny Ravenclaw) spakowała wszystkie swoje rzeczy i przytuliła rudą.
- Dziękuję, że przy mnie byłaś – szepnęła jej do ucha i pocałowała w policzek w momencie jak jej rzeczy zjawiły się obok niej wraz z jej kotem.
- Od tego są przyjaciółki – powiedziała z uśmiechem i patrzyła, jak jej przyjaciółka za pomocą świstoklika teleportuje się do domu.
*****
Rose stała przed lustrem i po raz kolejny poprawiła swój szalik. Chciała wyglądać pięknie, zwłaszcza że szła do wioski z kimś wyjątkowym. Z Theodorem Nott. Zaprosił ją wczoraj po kolacji. Zgodziła się od razu, bo Elsa wcześniej powiedziała jej, że nie ma ochoty na wyjście. W sumie to się jej nie dziwiła. Po tym, co odstawiał Blaise, ona też nie miałaby ochoty widzieć nikogo.
- Przestań się tak mizdrzyć do tego lustra, i tak wyglądasz pięknie – Anderson na chwilę oderwała się od wykonywanej czynności i spojrzała na przyjaciółkę – Padnie z wrażenia kiedy Cię zobaczy.
Zielonooka odwróciła się w stronę łóżka swojej przyjaciółki, bo właśnie tam ona leżała i czytała jakąś książkę.
- Naprawdę tak myślisz? – pogładziła przód swojego płaszczyka. – Nie wyglądam zbyt poważnie?
-Ani trochę – uśmiechnęła się do niej blado i podeszła do swojej komody, a następnie wygrzebała z niej rękawiczki – weź je, bo dziś ci się przydadzą… - podała je jej i przytuliła ją – Bawcie się dobrze, siostrzyczko…
- Naprawdę nie chcesz z nami iść? – zapytała patrząc jej z troską w oczy. – Nie chcę, żebyś została sama…
Pokręciła głową i wróciła na łóżko. – Dam radę, a poza tym nie chcę psuć wam tej randki.
- To raczej nie będzie randka… - westchnęła i przysiadła jeszcze na chwilę do przyjaciółki. – Przynajmniej dla niego – dodała cicho.
Elisabeth uśmiechnęła się do siebie. Mimo, że jakoś ten chłopak nie przypadł jej do gustu, miała do niego żal, że to po części jego wina, że przespała się z Blaisem, ale w głębi duszy chciała, żeby jej najlepsza przyjaciółka była szczęśliwa. Nieraz widziała, jak Nott przyglądał się jej z ukrycia. Jak na nią patrzył. Według niej, dla niego to jak najbardziej będzie randka. Ale nie zdążyła nic odpowiedzieć, gdy wylądowała w łazience, a w tym samym czasie rozległo się pukanie do drzwi.
Zmartwiona i jednocześnie ucieszona Rose wpuściła do środka Theo, który uśmiechał się do niej przyjaźnie znad dwóch kubków z pachnącą kawą na wynos.
- Cześć… - zaczął lekko nieśmiało i wyciągnął przed siebie jeden z kubków. – Przyniosłem nam kawę.
Zielonooka wpuściła go do środka obdarzając go zniewalającym uśmiechem.
- Dziękuję, to bardzo miło z Twojej strony – jednak jej wypowiedź została przerwana przez dziwne odgłosy dochodzące od strony łazienki. Dziewczyna rzuciła przepraszające spojrzenie w stronę chłopaka i ruszyła w stronę drzwi, by po chwili za nimi zniknąć i zobaczyć pochylającą się nad ubikacją swoją bladą przyjaciółkę. Ściągnęła szybko płaszczyk wraz z szalikiem, czapką i rękawiczkami i przypadła do niej.
- Jestem z Tobą kochanie… - odgarnęła z jej mokrego czoła włosy i lekko związała z tyłu. – Jutro pójdziemy do pani Pomfrey, żeby cię zbadała, bo te wymioty trwają już za długo – stwierdziła, kiedy ciałem siostry wstrząsnęły kolejne konwulsje. Anderson pokiwała głową i oparła się o ścianę. Po chwili wyszeptała, a na jej twarz zaczęły powracać kolory. – Już mi lepiej… - powoli wstała i przemyła twarz wodą. Blade przywołała szklankę wody i niepostrzeżenie dolała jej tam kilka kropel eliksiru nasennego. Podała jej miksturę.
-Małymi łyczkami do dna… - poleciła i pomogła jej dojść do łóżka. Theo przyglądał się temu wszystkiemu z lekkim zaskoczeniem.
- Wszystko w porządku? – zapytał
Elsa usiadła na łóżku i okryła kocem, gdyż jej ciałem wstrząsnęły dreszcze. – Chyba złapałam jakąś grypę żołądkową.
-Powinnaś się przespać – powiedział nie patrząc jej w oczy – to powinno chociaż trochę pomóc…
- Dzięki… - rzuciła cicho i wypiła resztę wody, po czym niemal od razu zapadła w sen.
Theo uśmiechnął się do Rosalie.
- Eliksir Słodkiego Snu? – dziewczyna pokiwała głową i zaczęła ponownie ubierać płaszczyk, nadal mając zatroskaną minę.
- Martwię się o nią… - westchnęła i w końcu wzięła od niego kubek z kawą, a następnie kontynuując rozmowę wyszli z dormitorium.
- Może to faktycznie tylko małe zatrucie – próbował ją jakoś pocieszyć, ale sam wiedział, że był kiepskim pocieszycielem.
Zielonooka pokręciła głową. – To trwa już tydzień. Za długo jak na zwykłe zatrucie – zagryzła wargę i wyszeptała – nie chcę, żeby coś jej się stało…
Niespodziewanie objął ją ramieniem.
-Wszystko dobrze się skończy, zobaczysz… - czując jego silne ramie wtuliła się w niego mimowolnie.
- Mam taką nadzieję…
Theodor zabrał ją na spacer wokół Hogsmeade i pokazał jej swoje ulubione miejsca, gdyż dziewczyna niezbyt wiedziała, co mogłaby tu z sobą zrobić. Następnie zabrał ją do centrum wioski na pyszną gorącą czekoladę, a tuż po tym, kiedy spędzili miły czas w kawiarni, ruszyli powoli ścieżką do lasku nieopodal wrzeszczącej chaty.
- Mieszka tu ktoś? – zapytała Rose widząc praktycznie rozpadającą się chatkę. Nott pokręcił głową i parsknął śmiechem.
- Nie, tu tylko straszy – na to stwierdzenie jej oczy rozszerzyły się z przerażenia i aż się cofnęła.
- Nie chce tu być – powiedziała drżącym głosem. – Proszę, zabierz mnie stąd…
-Hej… - mruknął cicho i objął ją w pasie – nie bój się… to tylko legenda, tak naprawdę nikogo tam nie ma, no chyba, że jakiś uczeń chowa się tam przed Filchem –popatrzył jej w oczy – wierzysz mi?
Wtuliła się w niego mocno, drżąc lekko i pokiwała głową. – Wierzę, tylko proszę, nie strasz mnie tak więcej… Nie lubię tego typu żartów.
Spiął się delikatnie, kiedy tak mocno go objęła. Chyba nie był na to gotowy.
Jeszcze…
Wyczuwając jego napięcie odsunęła się szybko od niego a jej policzki pokrył ognisty rumieniec.
- Przepraszam, nie chciałam się przytulać. Po prostu od zawsze takie miejsca mnie przerażały. - Pokręcił głową z uśmiechem.
-Nie szkodzi… Nie jestem po prostu przyzwyczajony do przytulania. – popatrzyła na niego dziwnie.
- To rodzice nigdy Cię nie tulą jak wracasz ze szkoły?
Na wspomnienie o jego bliskich, skulił się w sobie i powiedział cicho – Moi rodzice nie żyją. Nie doczekali końca wojny.
Zassała głośno powietrze i znów miała go ochotę mocno przytulić, ale siłą woli się powstrzymała. Za to złapała jego dłoń w swoją, która była odziana rękawiczką i ścisnęła lekko. – Przykro mi, nie chciałam Cię zranić ani przywoływać przykrych wspomnień… - zacisnęła swoje wargi przeklinając w myślach swój ciekawski język. Odwzajemnił jej uścisk ale nie spojrzał na nią.
-Możemy już wrócić do zamku? – zapytał tonem smutnego, małego chłopca. – Przepraszam, ale chyba nie jestem w nastroju…
Rose pokiwała głową i puściła jego dłoń chcąc ukryć zawód jaki ukazał się na jej twarzy i odwróciła się do niego tyłem i zaczęła iść w kierunku Hogwartu. Żałowała, że przez jej niewyparzony język musieli tak szybko zakończyć rozmowę. Pogrążona w swoich myślach i ze smutkiem wypisanym na twarzy, chociaż ona nie zdawała sobie z tego sprawy szła powoli nie oglądając się za siebie. Chłopak widząc, że zranił ją tymi słowami, dogonił ją i zatrzymał.
- Przepraszam, nie bądź smutna… - na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu – nie powiedziałem, że w zamku nie możemy dokończyć naszej randki.
Mimo, iż się uśmiechał ona widziała pustkę w jego pięknych czarnych oczach. Zanim jej język skonsultował się z mózgiem z jej ust wyleciało pytanie: - Może chcesz spędzić święta ze mną i moimi rodzicami?
Nott otwarł szeroko usta ze zdziwienia i zagapił się na coraz bardziej czerwoną kobietę stojącą przed nim.
- To znaczy… ja… - zaczęła się jąkać i zamilkła nie wiedząc co dalej ma powiedzieć, a następnie spuściła wzrok.
Niespodziewanie przerwał jej przytulając ją do siebie.
- Powiedziałaś to poważnie?
Pokiwała głową nie będąc w stanie czegokolwiek powiedzieć.
Posmutniał.
-Nie chcę sprawiać kłopotu…
Wreszcie spojrzała mu w oczy. – Nie będziesz sprawiał żadnego kłopotu. Moi rodzice na pewno się ucieszą, że ktoś dodatkowy spędzi z nami święta – obdarzyła go lekkim uśmiechem.
- Jeśli tego chcesz, to… Bardzo chętnie spędzę z wami święta – powiedział z lekkim rumieńcem na twarzy – Ale… Obiecaj mi, że zapytasz rodziców, czy to na pewno nie jest problem.
- Obiecuje – w końcu na jej usta wpłyną szczery i szeroki uśmiech. – Ale teraz może faktycznie wróćmy do zamku, bo robi się coraz chłodniej.
Theo przystał na jej pomysł i skierowali swoje kroki prosto do Hogwartu, gdzie poszli jeszcze razem na kolacje, którą zjedli wspólnie pod ostrzałem ciekawskich i oskarżycielskich spojrzeń, a następnie chłopak odprowadził ją pod dormitorium.
- Dziękuję za miło spędzony czas – odezwała się po chwili niezręcznego milczenia Rose. – I dziękuję, że pokazałeś mi swoje ulubione miejsca, są naprawdę niesamowite.
Nott tylko się uśmiechnął.
-Nie musisz dziękować. To była dla mnie sama przyjemność.
Nieoczekiwanie pocałował ją w policzek, a gdy ona zorientowała się, co właśnie się stało, jego już nie było. Zarumieniona i widocznie szczęśliwa weszła z szerokim uśmiechem do pokoju, który okazał się pusty. Zdezorientowana dostrzegła małą karteczkę na biurku. Podeszła i wzięła do ręki krótki list, a kiedy go przeczytała jej oczy rozszerzyły się ze strachu i z hukiem wypadła z dormitorium.
*****
Elsa zaraz po przebudzeniu od razu zerwała się do łazienki, gdyż znów zebrało jej się na wymioty. Kiedy wyrzuciła z siebie jedynie żółć, wstała i podeszła do umywalki patrząc na swoje blade i wyczerpane odbicie.
- Pięknie wyglądasz Anderson, nie ma co – stwierdziła z sarkazmem i pokręciła głową. Umyła szybko zęby, zrobiła lekki makijaż i po ubraniu dresów i ulubionej grubej bluzy poszła szukać książek na esej z Eliksirów. Mimo iż była sobota i wyjście do Hogsmeade kilkoro uczniów postanowiło zostać w zamku tak jak i ona. Idąc do biblioteki spotkała znajomych ze Slytherinu, ale tylko kiwnęła im głową. Nie miała ochoty z nikim rozmawiać. Wciąż było jej niedobrze i czuła posmak żółci w ustach. Popchnęła podwójne drzwi wejściowe i przywitała się z panią Pince i skierowała swoje kroki od razu na odpowiedni dział. Kilkanaście minut zajęło jej znalezienie odpowiednich książek. Jedna z nich była wyjątkowo na najwyższej półce. Wiedząc, że nie można używać na nich magii wspięła się na pobliską drabinę. Nagle pociemniało jej przed oczami, zachwiała się i mdlejąc spadła drabiny. Huk jakiego narobiła sprowadził bibliotekarkę, która widząc co się stało od razu wyczarowała nosze i za pomocą zaklęcia lewitacji szybko zaniosła ją do Skrzydła Szpitalnego. Po drodze wpadła na Blaisea Zabiniego, który właśnie wracał z wioski z nową dziewczyną. Jego wzrok od razu uciekł do bladej Anderson leżącej na noszach. Zatrzymał Pince.
- Pani profesor, co jej się stało? – zapytał chcąc się czegoś dowiedzieć. Bibliotekarka pokręciła głową ze zdenerwowaniem.
- Nie wiem chłopcze. Usłyszałam tylko huk, a jak poszłam to znalazłam ją leżącą na ziemi obok drabiny. Wydaje mi się, że zasłabła jak sięgała po jakąś książkę i zleciała z wysokości. Mam nadzieję, że to nic poważnego, tylko zasłabnięcie. – Minęła go, i szybkim krokiem ruszyła w stronę skrzydła. Zabini nieco się zmartwił, ale nie dał tego po sobie poznać, gdyż nie chciał stracić ‘ Dobrego-Obiektu-Do-Gnębienia’. Jednak w głębi obiecał sobie, że gdy nikt nie będzie widział, pojawi się, żeby zobaczyć co u niej. W łóżku była dobra. Może gdyby spróbował, udałoby mu się jeszcze raz ją tam zaciągnąć? Jednak na razie nie ma co narzekać, przecież dziś w jego menu widnieje piękna, długonoga blondynka ze Slytherinu. Nie zważając na publikę zgarnął ją w swoje ramiona i pocałował namiętnie na co dziewczyna odpowiedziała mu tym samym.
- Może odpuścimy sobie kolację i od razu pójdziemy po deser? – wymruczał jej do ucha przygryzając jednocześnie jej płatek na co przeszedł ją dreszcz.
- Och kochanie – zaświergotała. – Czekałam na to cały dzień.
Blaise uśmiechnął się pod nosem i zaciągnął ją do sypialni, by dopisać kolejną łatwą dziewczynę do jego listy podbojów.
*****
Rose wpadła do Skrzydła Szpitalnego dysząc ciężko. Wzrokiem odnalazła swoją siostrę i od razu do niej podbiegła. Elsa była wciąż nieprzytomna, ale na jej twarzy pojawiły się chociaż kolory. Usiadła obok niej i złapała jej zabandażowaną dłoń w swoją.
- Przepraszam aniołku… - wyszeptała cicho, a w jej oczach pojawiły się łzy. – Nie powinnam zostawiać cię samej…
Dziewczyna na łóżku drgnęła i obudziła się otwierając powoli swoje niebieskie oczy.
- Rose? To Ty? – wyszeptała.
- Przepraszam, że cie zostawiłam… - wyszeptała cicho szlochając. Elisabeth powoli podniosła się na łóżku i przytuliła się do niej.
-Nie obwiniaj się, przecież to nie jest twoja wina – uśmiechnęła się do niej – Już nic mi nie jest…
Ostrożnie wstała i ujęła jej dłoń. – Chodź, wróćmy do dormitorium… Miałam tu zostać tylko do czasu aż obudzę się z drzemki. Tak powiedziała pani Pomfey zanim zasnęłam. Jednak zanim zdążyła zrobić chociaż jeden krok, przy jej łóżku pojawiła się pielęgniarka.
- Dobrze, że jeszcze cię złapałam, Panno Anderson. – nie czekając na jej reakcję, ułożyła ją z powrotem na łóżku i zaczęła badać, wcześniej delikatnie wyganiając Rosalie tuż za wyczarowany parawan. – Coś mi się nie zgadza. Muszę cię zbadać jeszcze raz.
Dziewczyna nie mając innego wyjścia, cierpliwie czekała na to, aż badanie dobiegnie końca. Jednak po chwili się spięła widząc minę pielęgniarki.
- Dziecinko… - powiedziała zatroskanym głosem – Muszę o to zapytać… - westchnęła, przymknęła na chwilę oczy i w końcu wydusiła to z siebie – Czy uprawiałaś z kimś seks odkąd przyjechałaś do szkoły?
Elsa wstrzymała oddech i pokiwała lekko głową nie patrząc jej w oczy. Pomfrey westchnęła ciężko i przysiadła na jej łóżku.
- A czy użyliście zabezpieczenia? – zapytała musząc dowiedzieć się czegoś więcej.
- Nie – wyszeptała cicho. Kobieta spojrzała na nią ze współczuciem.
- Przykro mi kochanie, ale jesteś w 13 tygodniu ciąży.
Dziewczyna głośno wciągnęła powietrze i zaczęła szlochać. Dlaczego akurat jej musiało się to przytrafić? To był tylko jeden raz… Pierwszy raz… Dziecko? To nie jest możliwe. Ona nie chce mieć dziecka. Nie teraz i nie z nim. Z pieprzonym Blaisem Zabinim, którego zamiast nienawidzić, zaczyna tolerować, mimo tego, jak ją traktuje.
Pomfrey w tym czasie zlikwidowała parawan i podeszła do przestraszonej Rose dotykając jej ramienia.
- Idź, zabierz ją do dormitorium… Ona potrzebuje teraz czyjegoś oparcia, bo jest w rozsypce. Ta wiadomość nią wstrząsnęła – westchnęła poirytowana odchodząc – coraz więcej takich przypadków… Za chwilę to stanie się rutyną.
- Ale co jej jest? – zapytała nie wiedząc o co chodzi. Pielęgniarka zatrzymała się i rzuciła: - pani przyjaciółka jest w 13 tygodniu ciąży.
Oczy Rose rozszerzły się i nie czekając na nic dopadła do Elsy przytulając ją od razu.
- Damy sobie radę – powiedziała od razu.
- Ja nie chcę… - powiedziała między szlochami, mocno tuląc się do przyjaciółki.
- Wiem… - zaczęła płakać razem z nią. – Tak bardzo cię przepraszam… To wszystko moja wina… To ja namówiłam cię na przyjazd tutaj… To ja zabrałam Theo do siebie przez co musiałaś spać z Blaisem… Przepraszam…
Warknęła na nią od razu przez łzy.
- Przestań się obwiniać do cholery! To nie twoja wina, nie ty wpakowałaś się mu do łóżka!
- Ale gdyby nie ja to nigdy do takiej sytuacji by nie doszło! – patrzyła jej ze złością w oczy. – Może i nie ja wpakowałam się mu do łóżka, ale się do tego przyczyniłam! – znów wpadła jej w ramiona.
Teraz rozpłakała się już na dobre. Niestety, ale głosik z tyłu jej głowy podpowiadał jej, że po części Rose ma rację. Nie chciała, żeby tak było, ale niestety to była prawda.
- Chodźmy… - ponownie wstała z łóżka i ujęła jej dłoń. Chwilę później wyszły ze skrzydła szpitalnego i udały się do lochów. Jednak Elsa zatrzymała się przed kamienną ścianą, która umożliwiała Ślizgonom wejście do ich Pokoju Wspólnego.
- A jeśli on tam będzie? – zapytała ze łzami w oczach. Blade objęła ją mocno.
- Wiesz, że musisz mu o tym kiedyś powiedzieć, prawda? – Elsa od razu pokręciła głową.
- Nie może się dowiedzieć. I tak nie uzna dziecka, a mi przysporzy tylko kolejnego cierpienia – po jej policzkach znów popłynęły łzy. Zielonooka przytuliła ją do siebie po raz kolejny i nie odpowiadając podała hasło. Wprowadziła ją do środka i nie patrząc na nikogo szybko znalazły się w swoim dormitorium. Tam obie położyły się na łóżku jednej z nich i przytulone do siebie spędziły kolejną bezsenną noc na płakaniu i rozmawianiu o dorosłości, która nadeszła szybciej, niż się spodziewały.
*****
Witajcie!
Po dość długiej przerwie pojawiam się z kolejnym rozdziałem dłuższym niż poprzednie. To zasługa weny, która ostatnimi czasy robi wybryki i znika w najmniej oczekiwanym momencie.
Mam nadzieję, że ktoś jeszcze czyta bloga. Pomimo braku odzewu z Waszej strony co do zostawiania komentarzy postanowiłam jednak nie zawieszać bloga. Jest mi przykro, że zignorowaliście moją prośbę, ale trudno.
Kolejny rozdział mam nadzieję, że jeszcze w tym roku.
Pozdrawiam,
SEL ♥♥♥
czwartek, 28 lipca 2016
wtorek, 5 stycznia 2016
Rozdział 4.
-Elsa? Eeeeelsa… - Draco delikatnie szturchał dziewczynę, która przysnęła po raz kolejny na kanapie w Pokoju Wspólnym. – Obudź się, jest środek nocy…
Dziewczyna z lekkim jękiem otworzyła oczy które były czerwone i podpuchnięte.
- Draco… - wzdrygnęła się słysząc jego głos i ponownie przymknęła oczy. – Idź spać…
- A ty? Dlaczego śpisz tutaj?
Dziewczyna szarpnęła się lekko a w jej oczach pojawiły się łzy, jednak zamiast cokolwiek powiedzieć pokręciła tylko głową szepcząc cicho. – Nie ważne…
Młody Malfoy westchnął ciężko.
Dziewczyna z lekkim jękiem otworzyła oczy które były czerwone i podpuchnięte.
- Draco… - wzdrygnęła się słysząc jego głos i ponownie przymknęła oczy. – Idź spać…
- A ty? Dlaczego śpisz tutaj?
Dziewczyna szarpnęła się lekko a w jej oczach pojawiły się łzy, jednak zamiast cokolwiek powiedzieć pokręciła tylko głową szepcząc cicho. – Nie ważne…
Młody Malfoy westchnął ciężko.
- Chodź, zaprowadzę Cię do dormitorium chłopaków, prześpisz się dziś u nich. – pomógł jej się podnieść i zachęcająco popchnął ją w stronę schodów. – Łóżko Theo i tak jest wolne, a ja śpię z Mioną.
- Nie… - zatrzymała się odwracając się w jego stronę wyraźnie ożywiona – nie będę tam spała!
- Mam znów zostać sama z tym .. – zacięła się lekko widząc karcące spojrzenie Draco. – Z Blaisem? – imię chłopaka z trudem przeszło jej przez gardło.
- A wolisz nabawić się bólu kręgosłupa na najbliższy tydzień? –zapytał prowadząc ją już do dormitorium. Dziewczyna pokręciła tylko głową.
- Dziękuję…
- Nie masz za co – blondyn odpowiedział trochę szerszym uśmiechem otwierając przed nią drzwi – a Blaisem się nie przejmuj. Wbrew pozorom nie jest taki, jakiego przed Tobą udaje.
Elisabeth prychnęła.
- Nie… - zatrzymała się odwracając się w jego stronę wyraźnie ożywiona – nie będę tam spała!
- Mam znów zostać sama z tym .. – zacięła się lekko widząc karcące spojrzenie Draco. – Z Blaisem? – imię chłopaka z trudem przeszło jej przez gardło.
- A wolisz nabawić się bólu kręgosłupa na najbliższy tydzień? –zapytał prowadząc ją już do dormitorium. Dziewczyna pokręciła tylko głową.
- Dziękuję…
- Nie masz za co – blondyn odpowiedział trochę szerszym uśmiechem otwierając przed nią drzwi – a Blaisem się nie przejmuj. Wbrew pozorom nie jest taki, jakiego przed Tobą udaje.
Elisabeth prychnęła.
- Prędzej wyrośnie mi na dłoni kaktus niż w to uwierzę.
Chwilę później oboje byli już w luksusowo wystrojonym dormitorium chłopaków, lecz o dziwo Blaisa nigdzie nie było. Dopiero po kilku sekundach dotarł do nich szum wody w łazience.
- To ja już pójdę. – Draco przytulił ją delikatnie a dłonią wskazał ogromne łoże Theodora. – Czuj się jak u siebie, a jak Blaise wyjdzie to mu powiedz, że pozwoliłem Ci się tu przespać. W końcu jesteśmy Ci winni chociaż tyle…
- Dzięki… - Elisabeth uśmiechnęła się do niego blado i od razu transmutowała ubranie w swoją ulubioną granatową koszulkę na ramiączkach i różowe spodenki, a następnie położyła się na łóżku i gdy tylko usłyszała odgłos zamykanych drzwi, zaczęła cicho płakać w poduszkę.
♥♥♥♥♥♥♥♥
Blaise stał pod strumieniem gorącej wody z zamkniętymi oczami. Rozmyślał nad tym co się dzisiaj wydarzyło. Nie mógł zrozumieć, jak Theo mógł zrobić coś takiego. Przecież to on był najrozsądniejszy z całej ich paczki. Nie dawał łatwo ponieść się emocjom. Zawsze opanowany. Cierpliwy. Spokojny. Zabini westchnął, zakręcił kurek i wyszedł spod prysznica nago stając przed lustrem. Niemal nieświadomie sięgnął po ręcznik i zaczął wycierać swoje wysportowane ciało. Jednak jego myśli nadal kierowały się w stronę czarnowłosego przyjaciela.
Po upływie kilku minut, chłopak przepasany jedynie ręcznikiem na biodrach wyszedł z łazienki. Kiedy zobaczył na łóżku Nott kogoś innego niż on sam, stanął jak wryty. Po chwili dopiero udało mu się zidentyfikować tą osobę. Podszedł do niej i trochę groźnym głosem zapytał:
- Co Ty tu do cholery robisz?
Przestraszona, odwróciła się w jego stronę ukazując zapłakane oblicze i wyszeptała ledwo słyszalnym głosem - Będę tu spała… - odchrząknęła i powiedziała trochę mocniejszym głosem – Draco mi pozwolił…
- A dlaczego masz tu spać? Przecież masz swój pokój – jego groźny głos zmienił się na zdziwiony. Po chwili jednak przypomniał sobie. – To przez Theo?
Dziewczyna jednak milczała i spuściła wzrok. Kiedy po kilku minutach chłopak nie uzyskał odpowiedzi zbliżył się do niej i podniósł jej głowę biorąc w swoje palce jej brodę.
- Powiesz mi?
- Tak… Moja najlepsza przyjaciółka wybrała przyjęcie do naszego wspólnego dormitorium prawie obcego chłopaka zamiast usiąść ze mną na łóżku i wysłuchać moich żalów… - żałośnie pociągnęła nosem i znów zwinęła się w kłębek wywijając się z jego lekkiego uścisku. Nieusatysfakcjonowany taką odpowiedzią chłopak obszedł łóżko i usiadł z drugiej strony.
- Możesz… Powiedz mi co leży ci na sercu… - powiedział to o dziwo łagodnym głosem. Dziewczyna uniosła głowę i popatrzyła mu w oczy a po chwili znów się rozpłakała. Blaise nie zastanawiając się długo, po prostu ją przytulił i zaczął mruczeć słowa pocieszenia.
- Hej… Nie płacz… Zobacz – posadził ją sobie na kolanach nadal tuląc do siebie – ktoś umarł? Nie… Nie było też żadnego ataku na szkołę ani zamachu na ministra… - parsknął cichym, ale dźwięcznym śmiechem, ale już po chwili się uspokoił. – Poznałem was trochę podczas... Naszego ostatniego spotkania… - niechętnie wrócił do tamtego okresu. – Twoja przyjaciółka była gotowa nam pomóc we wszystkim, mimo iż wcale nas nie znała. Wydaje mi się, że po prostu ma taki a nie inny charakter…
Elsa pokręciła głową i mimowolnie wtuliła twarz w jego szyję. – To nie znaczy, że tak musiała mnie odtrącić…
- Myślę, że była tak przejęta tym co się stało, że o Tobie po prostu zapomniała… Pewnie niechcący, ale jednak… - Blaise zaczął odruchowo gładzić ją po plecach. W końcu już nie raz dziewczyna wtulała się tak w niego.
- Ale to zabolało… - po jej twarzy znów zaczęły płynąć gorące łzy.
- Cii… Wiem… - chłopak westchnął ciężko. – Już nie płacz… Wszystko będzie dobrze…
Ślizgonka uniosła głowę i ich spojrzenia się spotkały, a usta niebezpiecznie znalazły się bardzo blisko siebie…
♥♥♥♥♥♥♥♥
Draco obudził się niechętnie, gdyż czegoś mu obok siebie brakowało. Rozglądnął się po pokoju i zauważył brak swojej ukochanej. Nie zważając, że jest nagi wstał i zaczął jej szukać.
- Skarbie? Gdzie jesteś? – zapytał zaniepokojony tym zniknięciem. Zawsze to on wstawał jako pierwszy.
- Tutaj… - doszedł do niego w końcu cichy głos swojej dziewczyny. Czym prędzej udał się do łazienki. Jednym mocnym szarpnięciem otworzył drzwi i z impetem wszedł do środka. Hermiona pochylała się nad sedesem a jej ciałem wstrząsały torsje. Podszedł do niej i dotknął jej czoła.
- Co się dzieje? – odgarnął jej włosy.
Zamiast odpowiedzieć dziewczyna tylko pokręciła głową i powoli wstała. Na lekko chwiejnych nogach podeszła do umywalki i przepłukała usta.
- Pójdę się położyć… - wyszeptała cicho i spojrzała na Draco. – Pomożesz mi dojść do łóżka?
Chłopak bez słowa wziął ją na ręce i zaniósł do łóżka, gdzie dodatkowo przykrył ją kołdrą i sam ułożył się obok. Gryfonka od razu wtuliła się w niego. Nie chciała mówić Draco, dlaczego zastał ją w takiej sytuacji. Miał teraz za dużo na głowie.
- Powiesz mi dlaczego wymiotowałaś? – odezwał się po chwili milczenia. Brązowooka uśmiechnęła się lekko.
- To chyba jakieś zatrucie… Zaraz mi przejdzie… Muszę się tylko chwilę zdrzemnąć… - mimo wszystko dziewczynie było przykro, że chłopak niczego nie zauważył ani się nie domyślił. Draco za to pokiwał głową i pocałował ją w policzek.
- Odpoczywaj kochanie… Na pierwszej lekcji mamy eliksiry więc jakoś wytłumaczę Cię przed Snapem.
- Dobrze… - ledwo zamknęła oczy a niemal od razu zapadła na nowo w sen.
Blondyn obserwował ją przez kilka minut, a później wstał, wziął szybki prysznic i po ubraniu się zawołał do siebie jednego ze skrzatów z poleceniem, aby ten obudził jego ukochaną za godzinę i przyniósł jej śniadanie po czym pocałował ją jeszcze raz i wyszedł z jej dormitorium. Zamyślony udał się do Wielkiej Sali, nie odpowiadając nawet na żadne powitania. Usiadł obok przebierającego w jedzeniu Blaisea. Zabini wyglądał na zmęczonego i lekko przybitego. Draco w myślach stwierdził, że to przez Theodora, gdyż przyjaciel bardzo się o niego martwi.
- Cześć, jakieś wieści? – blondyn nabrał sobie na talerz jajecznicy i w przeciwieństwie do kumpla od razu zabrał się za jedzenie.
- Jeszcze się nie obudził… - westchnął i upił trochę kawy, której nieomal od razu nie wypluł, gdyż zobaczył zmierzającą w jego kierunku Elisabeth. – A ona tu czego… - warknął pod nosem zanim dziewczyna zdążyła do niego dotrzeć.
- O, cześć, Elsa – Draco uśmiechnął się do niej – coś się stało? – dziewczyna nie odpowiedziała ani słowa, tylko wyjęła z torby książkę, położyła ją obok Blaisa i rzucając mu pełne smutku i rozgoryczenia spojrzenie po prostu odeszła.
Diabeł tylko westchnął i dopił kawę, a następnie powiedział krótko w stronę blondyna.
- Zrozumienie kobiecej logiki jest bardzo trudne… - Po tych słowach wstał, zabrał książkę przyniesioną przez szatynkę i wyszedł z Sali.
Draco ze zdziwieniem obserwował scenę, która przed chwil ą miała miejsce. Nic z tego nie zrozumiał. Jednak sądząc po zachowaniu błękitnookiej Blaise musiał jej coś zrobić. Westchnął ciężko i stracił ochotę na dalsze jedzenie. Odsunął od siebie talerz z jajecznicą i wstał z zamiarem wyjścia z Sali, kiedy wpadł na Pansy, która uśmiechnęła się wyniośle.
- Witam wielbiciela szlam – młody Malfoy słysząc wzgardzoną przez siebie obelgę rzucił Czarnej wkurzone spojrzenie.
- Wyrażaj się – dziewczyna prychnęła.
- Stajesz się miękki, Dracusiu. – powiedziała, specjalnie zmiękczając imię szarookiego. - Czyżbyś już zapomniał, jak tępiłeś dzieci mugolskiego pochodzenia? – przysunęła się bliżej jego, żeby nikt nie słyszał jej dalszej wypowiedzi – nie pamiętasz już, jak z rozkazu Czarnego Pana zabijałeś i torturowałeś niewinnych?
Draco z każdym jej słowem bladł na twarzy. Nienawiść do samego siebie, do dawnych czasów wzrosła w nim gwałtownie. Z trudem nabierał powietrza przez zaciśnięte gardło. Obrazy, niczym potop zalewały jego umysł. Tortury Hermiony w Malfoy Manor. Znów tylko patrzył. Nie potrafił, nie mógł jej pomóc. Jeśli wykonałby jakikolwiek ruch w jej stronę sam by zginął.
- Zejdź mi z oczu, zanim i tobie zrobię krzywdę. – powiedział tonem, którego temperatura osiągnęła chyba zera absolutnego.
- Oj, Dracusiu, Dracusiu… Jaki ty jesteś głupiutki – powiedziała z przekąsem i teatralnie klepnęła go w ramię jak to nieraz robią przyjaciele – Myślisz, że kiedyś Ci się uda zapomnieć? – roześmiała się – Raczej nigdy, kochaniutki…
Draco już zdążył wyjąć różdżkę i chciał przekląć ją czymś paskudnym, ale Mopsica nagle zmieniła ton.
- Nie widziałeś może mojego ukochanego Theo? – zapytała z udawaną słodyczą.
Blondyn z ledwością zachowywał zimną krew.
- Nawet gdybym wiedział, to Tobie nigdy bym o tym nie powiedział – warknął, odwrócił się do niej plecami i szybko opuścił Wielką Salę, odprowadzany czujnym wzrokiem swojego wujka i udał się do lochu, gdzie za chwilę miała odbyć się lekcja eliksirów.
♥♥♥♥♥♥♥♥
Gdy Rosalie się obudziła, jej wzrok od razu spoczął na chłopaku śpiącym w jej łóżku. Okazało się jednak, że zamiast spać, Theo wpatruje się w nią swoimi czarnymi oczami.
- Obudziłeś się… - stwierdziła szeptem, a na jej usta wypłyną bardzo delikatny uśmiech. – Myśleliśmy, że będziesz nieprzytomny kilka dni…
- Po co to zrobiłaś? – zapytał zachrypniętym głosem po kilku minutach patrzenia na nią beznamiętnym wzrokiem.
Dziewczyna spojrzała na niego ze zdziwieniem.
- A co zrobiłam?
- Dlaczego mnie uratowałaś… - wytłumaczył obojętnym tonem. Rose zassała głośno powietrze.
- Miałam pozwolić Ci umrzeć? – pokręciła głową trudem powstrzymując drżenie głosu. – Nigdy…
Chłopak nie odezwał się ani słowem, tylko z lekkim trudem odwrócił się do niej plecami skrzętnie ukrywając to, że mimo tego, że dziewczyna siedząca obok niego, niemalże obca, powiedziała mu coś takiego. Pansy nigdy nie pomyślałaby o czymś takim… Właśnie… Pansy… - jego serce boleśnie się zacisnęło – to koniec. Już nigdy nie pozwoli się jej nawet do niego odezwać. Nie pozwoli się skrzywdzić po raz kolejny. Jego rozmyślania przerwał cichy głos.
- Wypij to… - niechętnie odwrócił się do szatynki, która trzymała w dłoni flakonik z jakimś płynem. – to eliksir uzupełniający krew… Jeśli nie wypijesz to będziesz czuł mdłości…
Chłopak pokręcił głową.
- Nie chce nic takiego – powiedział, czym zirytował dziewczynę.
- Albo to wypijesz po dobroci, albo wleję Ci go siłą. – zagroziła. Theo popatrzył na nią chwilę milczeniu, a następnie bez słowa wziął eliksir i wypił go do dna, na co na usta Rose wpłyną szczery, chociaż lekki uśmiech.
- Chcesz coś zjeść? – zapytała, odbierając od niego pustą buteleczkę.
- Nie. Chciałem umrzeć, ale mi przeszkodziłaś. – warknął cicho Theodor, ale po kilku sekundach uświadomił sobie, że musiał ją bardzo tym zranić, gdyż z oczu dziewczyny popłynęły łzy. Zerwała się szybko z fotela i zniknęła w łazience, rzucając na pomieszczenie zaklęcie wyciszające, żeby nikt nie słyszał jej szlochu.
Nott w tym czasie kilka razy próbował się podnieść, a gdy wreszcie mu się udało, nie ukrywał uśmiechu samozadowolenia. Mimo zawrotów głowy zrobił kilka kroków w stronę drzwi. Nie potrzebuje, żeby ktoś się nim opiekował. Postanowił, że za kilka dni znów spróbuje. Po co ma żyć? Dla kogo? Na pewno nie dla tej suki, która przez ostatni czas śmiała się nazywać jego dziewczyną. Dopiero teraz zaczął dostrzegać jaka naprawdę była w tym okresie. Leciała na jego kasę. Chłopaki ostrzegali go przed nią. Ale on głupi jej zaufał. Powoli przesuwał się w stronę drzwi. Jednak w pewnej chwili nogi odmówiły mu posłuszeństwa, a zawroty głowy stały się tak silne, że chłopak osunął się na podłogę tracąc przytomność.
Słysząc zamieszanie w pokoju, zapłakana Rosalie od razu wybiegła z łazienki. Jej wzrok padł na bezwładne ciało leżące na podłodze. Szybko podeszła do niego i sprawdziła puls. Odetchnęła z ulgą wyczuwając na jego szyi tętno. Za pomocą czarów przeniosła go z powrotem na łóżko i okryła kocem. Patrzyła na niego chwilę, ale niemal natychmiast odwróciła wzrok.
- Jak on mógł tak powiedzieć – rozmyślała, a do jej oczu znów napłynęły łzy. Potrząsnęła głową i podeszła do okna. Przecież obiecała sobie, że już nigdy żaden chłopak jej nie zrani. Jednak to znów się stało… Zacisnęła pięści.
- To już ostatni raz… - wyszeptała cicho. Wzięła głęboki oddech i zawołała skrzata, żeby przyniósł jej śniadanie dla dwojga, a sama siadła przy biurku i zaczęła przerabiać dzisiejszy materiał, jaki będą brali na zajęciach. Draco obiecał usprawiedliwić ich jakoś u ich opiekuna. Po zjedzeniu lekkiego posiłku, bez reszty pochłonęła ją nauka.
♥♥♥♥♥♥♥♥
Draco w ostatniej chwili wpadł do Sali eliksirów i zajął miejsce obok Blaisa. Miejsce zajmowane przez Theodora było puste. Tak samo jak miejsce Rosalie. I Hermiony. Kilka sekund po nim do klasy wszedł Mistrz Eliksirów powiewając swoimi szatami.
- Strona trzysta.dziewięćdziesiąt.cztery. – powiedział niemalże szeptem, ale i tak większość uczniów natychmiast zamilkła przestraszona. – Dzisiaj na ocenę w parach ugotujecie Amortencję. – zatrzymał się przy pustej ławce, w której teoretycznie powinien siedzieć Draco z Hermioną. Warknął cicho – Granger. I Nott. – rozglądnął się po Sali. – Oraz Blade. Gdzie są? Ktoś potrafi mi odpowiedzieć?
Chłopaki popatrzyli po sobie, ale to Draco się odezwał:
- Hermiona jest chora… A Rosalie i Theo… - zaciął się na chwilę. – Theodor miał ważne sprawy Prefektów, a Rose… Jest z Hermioną.
Blondyn wstrzymał oddech na widok furii malującej się na twarzy Profesora.
- SZLABAN. DLA WSZYSTKICH NIEOBECNYCH. – z jego wypowiedzi wiało arktycznym chłodem. Uciszył spojrzeniem mającego się odezwać Dracona. – A jeśli ktoś chce do nich dołączyć, to zapraszam jutro o godzinie 20. – omiótł salę wzrokiem. – Zaczynamy zajęcia.
Uczniowie powoli przygotowywali składniki. Kiedy już wszystko było porozkładane na stołach, po Sali znów rozniósł się zimny głos nauczyciela.
- Anderson, nie będziesz pracować sama, tak dobrze nie ma.
Dziewczyna tylko pokiwała głową i czekała na to kogo przydzieli do niej.
- Zabini, idziesz do Anderson, Draco popracuje dzisiaj z Potterem.
- Nie ma mowy! – odezwały się cztery głosy.
- Minus dziesięć punktów dla każdego za niewykonywanie poleceń nauczyciela. – powiedział to w sposób, jakby mówił o pogodzie.
Zaciskając zęby, Blaise przeniósł się do Elisabeth. Draco z dużym oporem usiadł obok Złotego Chłopca. Elsa odsunęła się jak najdalej od chłopaka. Zabini uśmiechnął się złośliwie.
- Wczoraj nie uciekałaś tak ode mnie.
Dziewczyna spiorunowała go wzrokiem.
- Wczoraj było wczoraj a dzisiaj jest nowy dzień – zakończyła ciszej, a po chwili wprost wyszeptała – zabierzmy się za eliksir…
Brunet pokiwał głową i oboje zabrali się do pracy. Żadne z nich się nie odzywało. Blaise z politowaniem patrzył, jak szatynka z trudem i niezdarnie kroiła składniki drążącymi rękoma. Kiedy po raz kolejny źle posiekała korzeń mandragory wyjął jej z dłoni nóż.
- Daj to, bo do jutra nie skończymy amortencji – po chwili ciszy dodał – niezdaro.
- Słyszałam – warknęła. – W takim razie skoro jestem niezdarą to radź sobie sam z tym wszystkim.
- O ile się nie mylę to jest praca zespołowa – posłał jej wkurzone spojrzenie. – Jak mi nie pomożesz to zgłoszę to Snapeowi , a on nie będzie wyrozumiały.
Bez zastanowienia wypaliła:
- To mnie przeproś. Chyba należy mi się słowo przepraszam.
Prychnął tylko i zabrał się do pracy.
- Zabini nie przepraszają – stwierdził. – A teraz dodaj kolejny składnik.
Pociągnęła nosem, a do kociołka z eliksirem wpadła jedna jej łza. Nie zauważyła tego, tylko po prostu wrzucała do środka skórkę pomarańczy. Jednak ta jedna łza spowodowała, że w kociołku zaczęło niebezpiecznie bulgotać, po czym cała zawartość zamieniła się w twardą skałę. Blaise odwrócił się w jej stronę z furią.
- No i co Ty najlepszego narobiłaś?! Zepsułaś wszystko!
- To przez Ciebie… - powiedziała cicho.
- No oczywiście, przecież zawsze musi być moja wina! – warknął na nią i zaczął wszystko od nowa. – A Ty niczego nie dotykaj – syknął – jednak wolę to robić sam…
Zraniona, usiadła na krześle i zaczęła przeglądać książkę z trudem powstrzymując cisnące się do jej oczu łzy. Zabini w ciszy przygotował eliksir ignorując zapachy, które przyprawiały go o zawrót głowy. Nigdy wcześniej robiąc ten specyfik nie odczuwał takich emocji. Pociągnął z lubością nosem, a do jego nozdrzy dotarł odurzający zapach kawy latte macchiato i czegoś jeszcze… Zaciągnął się raz jeszcze.
- Wanilia? – wymruczał pod nosem.
- Mówiłeś coś? – zapytała Elsa podnosząc głowę znad książki.
- Na pewno nie do Ciebie –warknął i skupił się na dokończeniu wywaru.
Za to dziewczyna patrzyła chwilę na skupioną już twarz partnera i sama wróciła do przeglądania przepisów. Wolała się już więcej do niego nie odzywać. Wczoraj i tak mu za dużo powiedziała. Nie powinna była się tak otwierać. W końcu to jej wróg. Chciał ją skrzywdzić. Westchnęła cicho. Już więcej nie będzie spała w dormitorium chłopaków. To źle na nią wpływa. Poddaje się emocjom, które wcześniej były dla niej obce. To przez niego. Przez tego, który teraz siedzi obok niej i niemal ze znudzeniem miesza w kociołku. Jednego mu nie mogła odmówić: po tym wszystkim nadal zachowuje się bez zmian. Jest tym samym dupkiem, który doprowadza jej krew do wrzenia. Podniosła wzrok i zamyślona wpatrywała się w tablicę. Tak bardzo potrzebowała z kimś porozmawiać. Ale jej przyjaciółka była przecież bardzo zajęta… Zupełnie obym facetem… W jednym musiała zgodzić się z irytującym pacanem. Rose miała miękkie serce. Potrafiła pomagać zupełnie nieznanym ludziom. Nie ważne, czy oni później się odwdzięczali, czy odchodzili. Ona nie potrafiła obojętnie przejść obok cierpienia człowieka. Taka już była jej natura.
Z rozmyślania wyrwał ją Snape, który oceniał już ich eliksir. Jak się okazało był jednym z najlepiej przygotowanych.
- Plus 15 punktów dla Slytherinu – powiedział beznamiętnym głosem. – I proszę się przygotować na następną lekcję. Dzisiejsza była tylko rozgrzewką przed trudniejszymi rzeczami.
Po skończonej lekcji, Elsa wyszła pierwsza z sali nawet nie oglądając się za siebie. Chciała znaleźć się jak najdalej od Blaisa. Czuła do niego niechęć i odrazę. Bardzo żałowała tego, że właśnie tak ją potraktował. Westchnęła cicho wspinając się po schodach. Postanowiła zajrzeć do Rose i szczerze z nią porozmawiać, skoro i tak miała teraz godzinę przerwy między zajęciami. Musiała tylko szybko podejść do biblioteki po jakąś lekturę uzupełniającą... Inaczej nie poradzi sobie w tym roku z eliksirami...
Gdy tylko załatwiła sprawę w bibliotece, od razu udała się do ich wspólnego dormitorium. Weszła do środka i od razu zauważyła przyjaciółkę, która właśnie sprawdzała czy Theo ma gorączkę.
- Bardzo przeszkadzam? - zapytała cicho.
Rose pokręciła głową ze smutnym wyrazem twarzy, podeszła do niej i mocno przytuliła pociągając nosem. Elisabeth zaskoczona tym gestem objęła ją mocno. Wiedziała, że to będzie ciężka rozmowa. - - Co się stało ? zapytała cicho Rose, siadając z nią na łóżku tyłem do Theodora.
Chwilę później oboje byli już w luksusowo wystrojonym dormitorium chłopaków, lecz o dziwo Blaisa nigdzie nie było. Dopiero po kilku sekundach dotarł do nich szum wody w łazience.
- To ja już pójdę. – Draco przytulił ją delikatnie a dłonią wskazał ogromne łoże Theodora. – Czuj się jak u siebie, a jak Blaise wyjdzie to mu powiedz, że pozwoliłem Ci się tu przespać. W końcu jesteśmy Ci winni chociaż tyle…
- Dzięki… - Elisabeth uśmiechnęła się do niego blado i od razu transmutowała ubranie w swoją ulubioną granatową koszulkę na ramiączkach i różowe spodenki, a następnie położyła się na łóżku i gdy tylko usłyszała odgłos zamykanych drzwi, zaczęła cicho płakać w poduszkę.
♥♥♥♥♥♥♥♥
Blaise stał pod strumieniem gorącej wody z zamkniętymi oczami. Rozmyślał nad tym co się dzisiaj wydarzyło. Nie mógł zrozumieć, jak Theo mógł zrobić coś takiego. Przecież to on był najrozsądniejszy z całej ich paczki. Nie dawał łatwo ponieść się emocjom. Zawsze opanowany. Cierpliwy. Spokojny. Zabini westchnął, zakręcił kurek i wyszedł spod prysznica nago stając przed lustrem. Niemal nieświadomie sięgnął po ręcznik i zaczął wycierać swoje wysportowane ciało. Jednak jego myśli nadal kierowały się w stronę czarnowłosego przyjaciela.
Po upływie kilku minut, chłopak przepasany jedynie ręcznikiem na biodrach wyszedł z łazienki. Kiedy zobaczył na łóżku Nott kogoś innego niż on sam, stanął jak wryty. Po chwili dopiero udało mu się zidentyfikować tą osobę. Podszedł do niej i trochę groźnym głosem zapytał:
- Co Ty tu do cholery robisz?
Przestraszona, odwróciła się w jego stronę ukazując zapłakane oblicze i wyszeptała ledwo słyszalnym głosem - Będę tu spała… - odchrząknęła i powiedziała trochę mocniejszym głosem – Draco mi pozwolił…
- A dlaczego masz tu spać? Przecież masz swój pokój – jego groźny głos zmienił się na zdziwiony. Po chwili jednak przypomniał sobie. – To przez Theo?
Dziewczyna jednak milczała i spuściła wzrok. Kiedy po kilku minutach chłopak nie uzyskał odpowiedzi zbliżył się do niej i podniósł jej głowę biorąc w swoje palce jej brodę.
- Powiesz mi?
- Tak… Moja najlepsza przyjaciółka wybrała przyjęcie do naszego wspólnego dormitorium prawie obcego chłopaka zamiast usiąść ze mną na łóżku i wysłuchać moich żalów… - żałośnie pociągnęła nosem i znów zwinęła się w kłębek wywijając się z jego lekkiego uścisku. Nieusatysfakcjonowany taką odpowiedzią chłopak obszedł łóżko i usiadł z drugiej strony.
- Możesz… Powiedz mi co leży ci na sercu… - powiedział to o dziwo łagodnym głosem. Dziewczyna uniosła głowę i popatrzyła mu w oczy a po chwili znów się rozpłakała. Blaise nie zastanawiając się długo, po prostu ją przytulił i zaczął mruczeć słowa pocieszenia.
- Hej… Nie płacz… Zobacz – posadził ją sobie na kolanach nadal tuląc do siebie – ktoś umarł? Nie… Nie było też żadnego ataku na szkołę ani zamachu na ministra… - parsknął cichym, ale dźwięcznym śmiechem, ale już po chwili się uspokoił. – Poznałem was trochę podczas... Naszego ostatniego spotkania… - niechętnie wrócił do tamtego okresu. – Twoja przyjaciółka była gotowa nam pomóc we wszystkim, mimo iż wcale nas nie znała. Wydaje mi się, że po prostu ma taki a nie inny charakter…
Elsa pokręciła głową i mimowolnie wtuliła twarz w jego szyję. – To nie znaczy, że tak musiała mnie odtrącić…
- Myślę, że była tak przejęta tym co się stało, że o Tobie po prostu zapomniała… Pewnie niechcący, ale jednak… - Blaise zaczął odruchowo gładzić ją po plecach. W końcu już nie raz dziewczyna wtulała się tak w niego.
- Ale to zabolało… - po jej twarzy znów zaczęły płynąć gorące łzy.
- Cii… Wiem… - chłopak westchnął ciężko. – Już nie płacz… Wszystko będzie dobrze…
Ślizgonka uniosła głowę i ich spojrzenia się spotkały, a usta niebezpiecznie znalazły się bardzo blisko siebie…
♥♥♥♥♥♥♥♥
Draco obudził się niechętnie, gdyż czegoś mu obok siebie brakowało. Rozglądnął się po pokoju i zauważył brak swojej ukochanej. Nie zważając, że jest nagi wstał i zaczął jej szukać.
- Skarbie? Gdzie jesteś? – zapytał zaniepokojony tym zniknięciem. Zawsze to on wstawał jako pierwszy.
- Tutaj… - doszedł do niego w końcu cichy głos swojej dziewczyny. Czym prędzej udał się do łazienki. Jednym mocnym szarpnięciem otworzył drzwi i z impetem wszedł do środka. Hermiona pochylała się nad sedesem a jej ciałem wstrząsały torsje. Podszedł do niej i dotknął jej czoła.
- Co się dzieje? – odgarnął jej włosy.
Zamiast odpowiedzieć dziewczyna tylko pokręciła głową i powoli wstała. Na lekko chwiejnych nogach podeszła do umywalki i przepłukała usta.
- Pójdę się położyć… - wyszeptała cicho i spojrzała na Draco. – Pomożesz mi dojść do łóżka?
Chłopak bez słowa wziął ją na ręce i zaniósł do łóżka, gdzie dodatkowo przykrył ją kołdrą i sam ułożył się obok. Gryfonka od razu wtuliła się w niego. Nie chciała mówić Draco, dlaczego zastał ją w takiej sytuacji. Miał teraz za dużo na głowie.
- Powiesz mi dlaczego wymiotowałaś? – odezwał się po chwili milczenia. Brązowooka uśmiechnęła się lekko.
- To chyba jakieś zatrucie… Zaraz mi przejdzie… Muszę się tylko chwilę zdrzemnąć… - mimo wszystko dziewczynie było przykro, że chłopak niczego nie zauważył ani się nie domyślił. Draco za to pokiwał głową i pocałował ją w policzek.
- Odpoczywaj kochanie… Na pierwszej lekcji mamy eliksiry więc jakoś wytłumaczę Cię przed Snapem.
- Dobrze… - ledwo zamknęła oczy a niemal od razu zapadła na nowo w sen.
Blondyn obserwował ją przez kilka minut, a później wstał, wziął szybki prysznic i po ubraniu się zawołał do siebie jednego ze skrzatów z poleceniem, aby ten obudził jego ukochaną za godzinę i przyniósł jej śniadanie po czym pocałował ją jeszcze raz i wyszedł z jej dormitorium. Zamyślony udał się do Wielkiej Sali, nie odpowiadając nawet na żadne powitania. Usiadł obok przebierającego w jedzeniu Blaisea. Zabini wyglądał na zmęczonego i lekko przybitego. Draco w myślach stwierdził, że to przez Theodora, gdyż przyjaciel bardzo się o niego martwi.
- Cześć, jakieś wieści? – blondyn nabrał sobie na talerz jajecznicy i w przeciwieństwie do kumpla od razu zabrał się za jedzenie.
- Jeszcze się nie obudził… - westchnął i upił trochę kawy, której nieomal od razu nie wypluł, gdyż zobaczył zmierzającą w jego kierunku Elisabeth. – A ona tu czego… - warknął pod nosem zanim dziewczyna zdążyła do niego dotrzeć.
- O, cześć, Elsa – Draco uśmiechnął się do niej – coś się stało? – dziewczyna nie odpowiedziała ani słowa, tylko wyjęła z torby książkę, położyła ją obok Blaisa i rzucając mu pełne smutku i rozgoryczenia spojrzenie po prostu odeszła.
Diabeł tylko westchnął i dopił kawę, a następnie powiedział krótko w stronę blondyna.
- Zrozumienie kobiecej logiki jest bardzo trudne… - Po tych słowach wstał, zabrał książkę przyniesioną przez szatynkę i wyszedł z Sali.
Draco ze zdziwieniem obserwował scenę, która przed chwil ą miała miejsce. Nic z tego nie zrozumiał. Jednak sądząc po zachowaniu błękitnookiej Blaise musiał jej coś zrobić. Westchnął ciężko i stracił ochotę na dalsze jedzenie. Odsunął od siebie talerz z jajecznicą i wstał z zamiarem wyjścia z Sali, kiedy wpadł na Pansy, która uśmiechnęła się wyniośle.
- Witam wielbiciela szlam – młody Malfoy słysząc wzgardzoną przez siebie obelgę rzucił Czarnej wkurzone spojrzenie.
- Wyrażaj się – dziewczyna prychnęła.
- Stajesz się miękki, Dracusiu. – powiedziała, specjalnie zmiękczając imię szarookiego. - Czyżbyś już zapomniał, jak tępiłeś dzieci mugolskiego pochodzenia? – przysunęła się bliżej jego, żeby nikt nie słyszał jej dalszej wypowiedzi – nie pamiętasz już, jak z rozkazu Czarnego Pana zabijałeś i torturowałeś niewinnych?
Draco z każdym jej słowem bladł na twarzy. Nienawiść do samego siebie, do dawnych czasów wzrosła w nim gwałtownie. Z trudem nabierał powietrza przez zaciśnięte gardło. Obrazy, niczym potop zalewały jego umysł. Tortury Hermiony w Malfoy Manor. Znów tylko patrzył. Nie potrafił, nie mógł jej pomóc. Jeśli wykonałby jakikolwiek ruch w jej stronę sam by zginął.
- Zejdź mi z oczu, zanim i tobie zrobię krzywdę. – powiedział tonem, którego temperatura osiągnęła chyba zera absolutnego.
- Oj, Dracusiu, Dracusiu… Jaki ty jesteś głupiutki – powiedziała z przekąsem i teatralnie klepnęła go w ramię jak to nieraz robią przyjaciele – Myślisz, że kiedyś Ci się uda zapomnieć? – roześmiała się – Raczej nigdy, kochaniutki…
Draco już zdążył wyjąć różdżkę i chciał przekląć ją czymś paskudnym, ale Mopsica nagle zmieniła ton.
- Nie widziałeś może mojego ukochanego Theo? – zapytała z udawaną słodyczą.
Blondyn z ledwością zachowywał zimną krew.
- Nawet gdybym wiedział, to Tobie nigdy bym o tym nie powiedział – warknął, odwrócił się do niej plecami i szybko opuścił Wielką Salę, odprowadzany czujnym wzrokiem swojego wujka i udał się do lochu, gdzie za chwilę miała odbyć się lekcja eliksirów.
♥♥♥♥♥♥♥♥
Gdy Rosalie się obudziła, jej wzrok od razu spoczął na chłopaku śpiącym w jej łóżku. Okazało się jednak, że zamiast spać, Theo wpatruje się w nią swoimi czarnymi oczami.
- Obudziłeś się… - stwierdziła szeptem, a na jej usta wypłyną bardzo delikatny uśmiech. – Myśleliśmy, że będziesz nieprzytomny kilka dni…
- Po co to zrobiłaś? – zapytał zachrypniętym głosem po kilku minutach patrzenia na nią beznamiętnym wzrokiem.
Dziewczyna spojrzała na niego ze zdziwieniem.
- A co zrobiłam?
- Dlaczego mnie uratowałaś… - wytłumaczył obojętnym tonem. Rose zassała głośno powietrze.
- Miałam pozwolić Ci umrzeć? – pokręciła głową trudem powstrzymując drżenie głosu. – Nigdy…
Chłopak nie odezwał się ani słowem, tylko z lekkim trudem odwrócił się do niej plecami skrzętnie ukrywając to, że mimo tego, że dziewczyna siedząca obok niego, niemalże obca, powiedziała mu coś takiego. Pansy nigdy nie pomyślałaby o czymś takim… Właśnie… Pansy… - jego serce boleśnie się zacisnęło – to koniec. Już nigdy nie pozwoli się jej nawet do niego odezwać. Nie pozwoli się skrzywdzić po raz kolejny. Jego rozmyślania przerwał cichy głos.
- Wypij to… - niechętnie odwrócił się do szatynki, która trzymała w dłoni flakonik z jakimś płynem. – to eliksir uzupełniający krew… Jeśli nie wypijesz to będziesz czuł mdłości…
Chłopak pokręcił głową.
- Nie chce nic takiego – powiedział, czym zirytował dziewczynę.
- Albo to wypijesz po dobroci, albo wleję Ci go siłą. – zagroziła. Theo popatrzył na nią chwilę milczeniu, a następnie bez słowa wziął eliksir i wypił go do dna, na co na usta Rose wpłyną szczery, chociaż lekki uśmiech.
- Chcesz coś zjeść? – zapytała, odbierając od niego pustą buteleczkę.
- Nie. Chciałem umrzeć, ale mi przeszkodziłaś. – warknął cicho Theodor, ale po kilku sekundach uświadomił sobie, że musiał ją bardzo tym zranić, gdyż z oczu dziewczyny popłynęły łzy. Zerwała się szybko z fotela i zniknęła w łazience, rzucając na pomieszczenie zaklęcie wyciszające, żeby nikt nie słyszał jej szlochu.
Nott w tym czasie kilka razy próbował się podnieść, a gdy wreszcie mu się udało, nie ukrywał uśmiechu samozadowolenia. Mimo zawrotów głowy zrobił kilka kroków w stronę drzwi. Nie potrzebuje, żeby ktoś się nim opiekował. Postanowił, że za kilka dni znów spróbuje. Po co ma żyć? Dla kogo? Na pewno nie dla tej suki, która przez ostatni czas śmiała się nazywać jego dziewczyną. Dopiero teraz zaczął dostrzegać jaka naprawdę była w tym okresie. Leciała na jego kasę. Chłopaki ostrzegali go przed nią. Ale on głupi jej zaufał. Powoli przesuwał się w stronę drzwi. Jednak w pewnej chwili nogi odmówiły mu posłuszeństwa, a zawroty głowy stały się tak silne, że chłopak osunął się na podłogę tracąc przytomność.
Słysząc zamieszanie w pokoju, zapłakana Rosalie od razu wybiegła z łazienki. Jej wzrok padł na bezwładne ciało leżące na podłodze. Szybko podeszła do niego i sprawdziła puls. Odetchnęła z ulgą wyczuwając na jego szyi tętno. Za pomocą czarów przeniosła go z powrotem na łóżko i okryła kocem. Patrzyła na niego chwilę, ale niemal natychmiast odwróciła wzrok.
- Jak on mógł tak powiedzieć – rozmyślała, a do jej oczu znów napłynęły łzy. Potrząsnęła głową i podeszła do okna. Przecież obiecała sobie, że już nigdy żaden chłopak jej nie zrani. Jednak to znów się stało… Zacisnęła pięści.
- To już ostatni raz… - wyszeptała cicho. Wzięła głęboki oddech i zawołała skrzata, żeby przyniósł jej śniadanie dla dwojga, a sama siadła przy biurku i zaczęła przerabiać dzisiejszy materiał, jaki będą brali na zajęciach. Draco obiecał usprawiedliwić ich jakoś u ich opiekuna. Po zjedzeniu lekkiego posiłku, bez reszty pochłonęła ją nauka.
♥♥♥♥♥♥♥♥
Draco w ostatniej chwili wpadł do Sali eliksirów i zajął miejsce obok Blaisa. Miejsce zajmowane przez Theodora było puste. Tak samo jak miejsce Rosalie. I Hermiony. Kilka sekund po nim do klasy wszedł Mistrz Eliksirów powiewając swoimi szatami.
- Strona trzysta.dziewięćdziesiąt.cztery. – powiedział niemalże szeptem, ale i tak większość uczniów natychmiast zamilkła przestraszona. – Dzisiaj na ocenę w parach ugotujecie Amortencję. – zatrzymał się przy pustej ławce, w której teoretycznie powinien siedzieć Draco z Hermioną. Warknął cicho – Granger. I Nott. – rozglądnął się po Sali. – Oraz Blade. Gdzie są? Ktoś potrafi mi odpowiedzieć?
Chłopaki popatrzyli po sobie, ale to Draco się odezwał:
- Hermiona jest chora… A Rosalie i Theo… - zaciął się na chwilę. – Theodor miał ważne sprawy Prefektów, a Rose… Jest z Hermioną.
Blondyn wstrzymał oddech na widok furii malującej się na twarzy Profesora.
- SZLABAN. DLA WSZYSTKICH NIEOBECNYCH. – z jego wypowiedzi wiało arktycznym chłodem. Uciszył spojrzeniem mającego się odezwać Dracona. – A jeśli ktoś chce do nich dołączyć, to zapraszam jutro o godzinie 20. – omiótł salę wzrokiem. – Zaczynamy zajęcia.
Uczniowie powoli przygotowywali składniki. Kiedy już wszystko było porozkładane na stołach, po Sali znów rozniósł się zimny głos nauczyciela.
- Anderson, nie będziesz pracować sama, tak dobrze nie ma.
Dziewczyna tylko pokiwała głową i czekała na to kogo przydzieli do niej.
- Zabini, idziesz do Anderson, Draco popracuje dzisiaj z Potterem.
- Nie ma mowy! – odezwały się cztery głosy.
- Minus dziesięć punktów dla każdego za niewykonywanie poleceń nauczyciela. – powiedział to w sposób, jakby mówił o pogodzie.
Zaciskając zęby, Blaise przeniósł się do Elisabeth. Draco z dużym oporem usiadł obok Złotego Chłopca. Elsa odsunęła się jak najdalej od chłopaka. Zabini uśmiechnął się złośliwie.
- Wczoraj nie uciekałaś tak ode mnie.
Dziewczyna spiorunowała go wzrokiem.
- Wczoraj było wczoraj a dzisiaj jest nowy dzień – zakończyła ciszej, a po chwili wprost wyszeptała – zabierzmy się za eliksir…
Brunet pokiwał głową i oboje zabrali się do pracy. Żadne z nich się nie odzywało. Blaise z politowaniem patrzył, jak szatynka z trudem i niezdarnie kroiła składniki drążącymi rękoma. Kiedy po raz kolejny źle posiekała korzeń mandragory wyjął jej z dłoni nóż.
- Daj to, bo do jutra nie skończymy amortencji – po chwili ciszy dodał – niezdaro.
- Słyszałam – warknęła. – W takim razie skoro jestem niezdarą to radź sobie sam z tym wszystkim.
- O ile się nie mylę to jest praca zespołowa – posłał jej wkurzone spojrzenie. – Jak mi nie pomożesz to zgłoszę to Snapeowi , a on nie będzie wyrozumiały.
Bez zastanowienia wypaliła:
- To mnie przeproś. Chyba należy mi się słowo przepraszam.
Prychnął tylko i zabrał się do pracy.
- Zabini nie przepraszają – stwierdził. – A teraz dodaj kolejny składnik.
Pociągnęła nosem, a do kociołka z eliksirem wpadła jedna jej łza. Nie zauważyła tego, tylko po prostu wrzucała do środka skórkę pomarańczy. Jednak ta jedna łza spowodowała, że w kociołku zaczęło niebezpiecznie bulgotać, po czym cała zawartość zamieniła się w twardą skałę. Blaise odwrócił się w jej stronę z furią.
- No i co Ty najlepszego narobiłaś?! Zepsułaś wszystko!
- To przez Ciebie… - powiedziała cicho.
- No oczywiście, przecież zawsze musi być moja wina! – warknął na nią i zaczął wszystko od nowa. – A Ty niczego nie dotykaj – syknął – jednak wolę to robić sam…
Zraniona, usiadła na krześle i zaczęła przeglądać książkę z trudem powstrzymując cisnące się do jej oczu łzy. Zabini w ciszy przygotował eliksir ignorując zapachy, które przyprawiały go o zawrót głowy. Nigdy wcześniej robiąc ten specyfik nie odczuwał takich emocji. Pociągnął z lubością nosem, a do jego nozdrzy dotarł odurzający zapach kawy latte macchiato i czegoś jeszcze… Zaciągnął się raz jeszcze.
- Wanilia? – wymruczał pod nosem.
- Mówiłeś coś? – zapytała Elsa podnosząc głowę znad książki.
- Na pewno nie do Ciebie –warknął i skupił się na dokończeniu wywaru.
Za to dziewczyna patrzyła chwilę na skupioną już twarz partnera i sama wróciła do przeglądania przepisów. Wolała się już więcej do niego nie odzywać. Wczoraj i tak mu za dużo powiedziała. Nie powinna była się tak otwierać. W końcu to jej wróg. Chciał ją skrzywdzić. Westchnęła cicho. Już więcej nie będzie spała w dormitorium chłopaków. To źle na nią wpływa. Poddaje się emocjom, które wcześniej były dla niej obce. To przez niego. Przez tego, który teraz siedzi obok niej i niemal ze znudzeniem miesza w kociołku. Jednego mu nie mogła odmówić: po tym wszystkim nadal zachowuje się bez zmian. Jest tym samym dupkiem, który doprowadza jej krew do wrzenia. Podniosła wzrok i zamyślona wpatrywała się w tablicę. Tak bardzo potrzebowała z kimś porozmawiać. Ale jej przyjaciółka była przecież bardzo zajęta… Zupełnie obym facetem… W jednym musiała zgodzić się z irytującym pacanem. Rose miała miękkie serce. Potrafiła pomagać zupełnie nieznanym ludziom. Nie ważne, czy oni później się odwdzięczali, czy odchodzili. Ona nie potrafiła obojętnie przejść obok cierpienia człowieka. Taka już była jej natura.
Z rozmyślania wyrwał ją Snape, który oceniał już ich eliksir. Jak się okazało był jednym z najlepiej przygotowanych.
- Plus 15 punktów dla Slytherinu – powiedział beznamiętnym głosem. – I proszę się przygotować na następną lekcję. Dzisiejsza była tylko rozgrzewką przed trudniejszymi rzeczami.
Po skończonej lekcji, Elsa wyszła pierwsza z sali nawet nie oglądając się za siebie. Chciała znaleźć się jak najdalej od Blaisa. Czuła do niego niechęć i odrazę. Bardzo żałowała tego, że właśnie tak ją potraktował. Westchnęła cicho wspinając się po schodach. Postanowiła zajrzeć do Rose i szczerze z nią porozmawiać, skoro i tak miała teraz godzinę przerwy między zajęciami. Musiała tylko szybko podejść do biblioteki po jakąś lekturę uzupełniającą... Inaczej nie poradzi sobie w tym roku z eliksirami...
Gdy tylko załatwiła sprawę w bibliotece, od razu udała się do ich wspólnego dormitorium. Weszła do środka i od razu zauważyła przyjaciółkę, która właśnie sprawdzała czy Theo ma gorączkę.
- Bardzo przeszkadzam? - zapytała cicho.
Rose pokręciła głową ze smutnym wyrazem twarzy, podeszła do niej i mocno przytuliła pociągając nosem. Elisabeth zaskoczona tym gestem objęła ją mocno. Wiedziała, że to będzie ciężka rozmowa. - - Co się stało ? zapytała cicho Rose, siadając z nią na łóżku tyłem do Theodora.
Elsa pokręciła głową. To na razie nie jest takie ważne... wskazała podbródkiem na śpiącego chłopaka Co z nim?
Wzruszyła ramionami. Obudził się rano... przygryzła wargę.
- I? - przyjaciółka odniosła wrażenie, że nie tylko u niej coś się wydarzyło. - Proszę, opowiedz mi, co się stało, widzę że jesteś smutna.
Znów się w nią wtuliła.
Wzruszyła ramionami. Obudził się rano... przygryzła wargę.
- I? - przyjaciółka odniosła wrażenie, że nie tylko u niej coś się wydarzyło. - Proszę, opowiedz mi, co się stało, widzę że jesteś smutna.
Znów się w nią wtuliła.
- Bo jak się obudził... To... To miał pretensje... Po co go uratowałam... - jej oczy zaszły łzami - a później, jak mu już dałam wypić eliksir na uzupełnienie krwinek i zapytałam, czy chce coś zjeść to mi odpowiedział .. zacięła się.
- Co ci odpowiedział? - Anderson poczuła jak ból i rozpacz przyjaciółki pochłania również i ją. Z jej
oczu również mimowolnie zaczęły płynąć łzy.
- Że jedynie co chciał to umrzeć, a ja mu w tym przeszkodziłam... - wyszeptała.
Dziewczyna głośno wciągnęła powietrze i popatrzyła ze współczuciem na przyjaciółkę. Żadna z
nich nie wiedziała jednak, że ktoś je podsłuchuje. Ktoś, kto nigdy nie myślał, że komuś może na
nim zależeć tak bezinteresownie. On przecież nie chciał. A i tak ją zranił. Wbrew sobie, widział ból
w jej oczach. Łzy. Smutek. Czy tak powinno się traktować kogoś, kto uratował Ci swoje własne,
nędzne życie? pomyślał i westchnął niby przez sen. Dziewczyny nawet nie zwróciły na niego
uwagi, gdyż były zajęte czymś innym. Elsa mocno tuliła do siebie przyjaciółkę i szeptała, żeby nie
przejmowała się tym co on mówi, że jest w szoku i takie tam. Ale Rose nie mogła się przemóc,
żeby jej uwierzyć. Po prostu musiała się jej wypłakać, a później wszystko znów będzie tak jak
powinno, kiedy założy swoją maskę.
Mocno przytulona do swojej przyjaciółki wylewała wszystkie łzy, które powoli przynosiły jej
ukojenie. Po kilkunastu minutach pociągnęła ostatni raz nosem i uśmiechnęła lekko do Elsy.
- Dziękuję... Już mi lepiej...
Druga Ślizgonka również się uśmiechnęła i pocałowała ją w czoło.
- Cieszę się... - zawahała się - wiesz... Spałam wczoraj w łóżku Theo... Znowu … Bo... Było mi strasznie przykro z powodu tego, że wybrałaś jego, a nie mnie... - dokończyła cicho.
- Przepraszam... - westchnęła. - To był... impuls .. Wiesz jaka jestem... Czasem najpierw robię, a później dopiero myślę... Ale ja po prostu czułam, że muszę mu pomóc... Mimo, że później zachował się tak, jak się zachował...
Elsa pokiwała tylko głową.
- Wybaczysz mi?
- Oczywiście, że tak - pogłaskała ją po włosach
- Jesteś wielka - uśmiechnęła się i zmieniła temat. - A mówił coś Snape ?
- Mhm... Jutro musicie stawić się u niego na szlaban...
Westchnęła.
- Wiedziałam, że on nam nie odpuści... Pewnie na tym jednym się nie skończy...
- Oj, nie bądź już smutna... - niebieskooka powiedziała to jakoś tak bez przekonania.
Patrzyła chwilę na nią uważnie.
- Co Cię gryzie skarbie ?
- Ja... Przespałam się z Blaisem... - wyrzuciła to w końcu z siebie.
- Co? szczęka dziewczyny opadła w dół.
Po tych słowach dziewczyna rozszlochała się na dobre.
- Proszę, ja... Ja teraz już wiem, że to był błąd... Nie oceniaj mnie...
Rozpacz przyjaciółki otrząsnęła ją z szoku. Szybko przytuliła ją do siebie.
- Cii... Nie mam zamiaru nikogo oceniać... - powiedziała czule i spokojnie. - Zmusił Cię do tego?
Elsa pokręciła głową, a Rose wyszeptała: - Opowiesz mi?
Wzięła głęboki oddech i zaczęła opowiadać...
- Co ci odpowiedział? - Anderson poczuła jak ból i rozpacz przyjaciółki pochłania również i ją. Z jej
oczu również mimowolnie zaczęły płynąć łzy.
- Że jedynie co chciał to umrzeć, a ja mu w tym przeszkodziłam... - wyszeptała.
Dziewczyna głośno wciągnęła powietrze i popatrzyła ze współczuciem na przyjaciółkę. Żadna z
nich nie wiedziała jednak, że ktoś je podsłuchuje. Ktoś, kto nigdy nie myślał, że komuś może na
nim zależeć tak bezinteresownie. On przecież nie chciał. A i tak ją zranił. Wbrew sobie, widział ból
w jej oczach. Łzy. Smutek. Czy tak powinno się traktować kogoś, kto uratował Ci swoje własne,
nędzne życie? pomyślał i westchnął niby przez sen. Dziewczyny nawet nie zwróciły na niego
uwagi, gdyż były zajęte czymś innym. Elsa mocno tuliła do siebie przyjaciółkę i szeptała, żeby nie
przejmowała się tym co on mówi, że jest w szoku i takie tam. Ale Rose nie mogła się przemóc,
żeby jej uwierzyć. Po prostu musiała się jej wypłakać, a później wszystko znów będzie tak jak
powinno, kiedy założy swoją maskę.
Mocno przytulona do swojej przyjaciółki wylewała wszystkie łzy, które powoli przynosiły jej
ukojenie. Po kilkunastu minutach pociągnęła ostatni raz nosem i uśmiechnęła lekko do Elsy.
- Dziękuję... Już mi lepiej...
Druga Ślizgonka również się uśmiechnęła i pocałowała ją w czoło.
- Cieszę się... - zawahała się - wiesz... Spałam wczoraj w łóżku Theo... Znowu … Bo... Było mi strasznie przykro z powodu tego, że wybrałaś jego, a nie mnie... - dokończyła cicho.
- Przepraszam... - westchnęła. - To był... impuls .. Wiesz jaka jestem... Czasem najpierw robię, a później dopiero myślę... Ale ja po prostu czułam, że muszę mu pomóc... Mimo, że później zachował się tak, jak się zachował...
Elsa pokiwała tylko głową.
- Wybaczysz mi?
- Oczywiście, że tak - pogłaskała ją po włosach
- Jesteś wielka - uśmiechnęła się i zmieniła temat. - A mówił coś Snape ?
- Mhm... Jutro musicie stawić się u niego na szlaban...
Westchnęła.
- Wiedziałam, że on nam nie odpuści... Pewnie na tym jednym się nie skończy...
- Oj, nie bądź już smutna... - niebieskooka powiedziała to jakoś tak bez przekonania.
Patrzyła chwilę na nią uważnie.
- Co Cię gryzie skarbie ?
- Ja... Przespałam się z Blaisem... - wyrzuciła to w końcu z siebie.
- Co? szczęka dziewczyny opadła w dół.
Po tych słowach dziewczyna rozszlochała się na dobre.
- Proszę, ja... Ja teraz już wiem, że to był błąd... Nie oceniaj mnie...
Rozpacz przyjaciółki otrząsnęła ją z szoku. Szybko przytuliła ją do siebie.
- Cii... Nie mam zamiaru nikogo oceniać... - powiedziała czule i spokojnie. - Zmusił Cię do tego?
Elsa pokręciła głową, a Rose wyszeptała: - Opowiesz mi?
Wzięła głęboki oddech i zaczęła opowiadać...
♥♥♥♥♥♥♥♥
Ich usta powoli zbliżały się do siebie aż w końcu połączyły się. Blaise ostrożnie muskał wargi Elsy zachęcając ją do zabawy. Ona poczuła, że to właśnie tego potrzebuje. Przymknęła oczy i
rozchyliła usta, pozwalając tym samym na pocałunek, który najpierw delikatny, przerodził się w coś namiętnego i brutalnego. Nie otworzyła oczu, jednak poczuła, że chłopak zjeżdża z pieszczotami na jej szyi. Najpierw składał na niej lekkie jak piórko pocałunki, a później zatapiał w niej swoje zęby
sprawiając, że dziewczyna cichutko jęczała. Wsunął dłoń pod jej koszulkę i dotknął jej piersi... Pieścił ją najlepiej, jak potrafił, co w jego przypadku znaczyło, że Elsa powinna być w siódmym niebie. I tak właśnie było. Pomógł jej zapomnieć o swoich problemach i smutkach. Chwilę później ich ubrania zaczęły fruwać po dormitorium. Nie minęła minuta jak oboje byli nadzy i głodni siebie. Chłopak ułożył się wygodnie między jej udami i zaczął całować wnętrze jej uda, a później przeniósł się tuż nad jej gorącą kobiecość.
- Blaise... Proszę... - była tak bardzo zdesperowana. W tym momencie tak bardzo go potrzebowała. Nie liczyło się dla niej już nic innego. Chłopak uśmiechnął się tylko wrednie i polizał jej pulsującą grudkę, ale niemal natychmiast przeniósł się na jej brzuch zostawiając ją niezaspokojoną. Powtórzył ten sam schemat kilka razy, za każdym razem potęgując jęki i błagania dziewczyny.
- Chcesz mnie? - mruknął cicho i ugryzł ją lekko we wnętrze uda.
Nie była w stanie odpowiedzieć, tylko pokiwała głową, a wtedy on podciągnął się wyżej i wziął w usta jej sutek, jednocześnie wchodząc w nią mocno i narzucając od razu szybkie tempo.
Nawet nie poczuł, jak przebił błonę dziewiczą dziewczyny, która wygięła się w łuk i krzyknęła cicho. Wziął to za okrzyk przyjemności. Jego poprzednie kochanki też tak reagowały. W jej oczach pojawiły się łzy, ale on nawet tego nie zauważył, pochłonięty dawaniem i braniem rozkoszy.
- Och tak maleńka... - pocałował ją w galopujący puls na jej szyi poruszając się w jednym i tym samym tempie. - Jesteś taka ciasna...
Wystarczyło kilka ruchów, żeby dziewczynę dopadł nieziemski orgazm, a czując to, chłopak
również osiągnął w niej swoje spełnienie i oddychając szybko, opadł obok niej biorąc ją w swoje ramiona. Pocałował ją w czoło, jak to zawsze miał w zwyczaju i ziewnął.
- Byłaś boska...
- Dzięki... - powiedziała cicho z trudem powstrzymując łzy. Uświadomiła sobie co właśnie się
stało. Przeżyła swój pierwszy raz z kimś, kogo nienawidzi... Ze wzajemnością zresztą...
Za to Blaise uśmiechnął się, wstał i nie krępując się swoją nagością udał się do łazienki zostawiając ją samą. Ona zaklęciem założyła swoją piżamę, zwinęła się w kłębek i zacisnęła powieki próbując zasnąć. Jednak wyrzuty sumienia dręczyły ją teraz podwójnie. Słyszała, jak wrócił, ale udała, że śpi.
Zabini widząc ją śpiącą, sam również położył się na swoim łóżku i po kilku minutach już smacznie
chrapał.
♥♥♥♥♥♥♥♥
Nie mogła przestać płakać tuląc się do przyjaciółki.
- I... I... On... Potraktował mnie jak tanią dziwkę... - wyszeptała.
Rose płakała razem z nią.
- Och skarbie... Tak bardzo mi przykro... Nie tak powinien wyglądać Twój pierwszy raz...
Nagle Elsa wyprostowała się i szybkim ruchem wytarła swoje łzy.
- Trudno... Co się stało już się nie odstanie. Muszę żyć dalej - podniosła się z łóżka. - Pójdę już... Za chwilę zaczynam Zielarstwo.
- Porozmawiamy wieczorem? - również się podniosła i przytuliła ją jeszcze raz. - Przy lampce wina i kubełku lodów.
Anderson uśmiechnęła się smutno i wskazała na chłopaka. - A co z nim?
- Rzucimy Muffiato i nic nie usłyszy.
- W takim razie do wieczora... - uśmiechnęła się blado i wyszła z dormitorium zakładając torbę na ramię.
Odprowadziła ją wzrokiem, a następnie oparła się o drzwi i ukryła twarz w dłoniach.
- Niepotrzebnie tu przyjechałyśmy... - wyszeptała sama do siebie. Westchnęła ciężko i nie patrząc na Theo usiadła na szerokim parapecie i zapatrzyła się w widok za oknem. Nadal nie była świadoma tego, że chłopak słyszał każde ich słowo.
- Inaczej... bym już nie żył... - powiedział cicho chłopak, który powoli otworzył oczy.
Podskoczyła i omal nie spadła z parapetu. Odwróciła szybko głowę w jego stronę z przerażoną miną.
- Ile... Ile słyszałeś? - wyszeptała.
- Dużo... - westchnął - ja... przepraszam...
Zeszła z parapetu przybierając maskę obojętności i spokoju.
- Nic co tutaj słyszałeś nie może opuścić pokoju, rozumiesz?
- Nie musisz mi tego mówić, wiem Co to znaczy.
Pokiwała głową, po czym podeszła do niego i przywołując do siebie eliksir na oczyszczenie ran powoli ściągnęła z jego ręki opatrunek.
- Teraz może zapiec...
Kiedy opatrywała mu rany, cały czas patrzył w tym kierunku i mimo, że bardzo go to bolalo, nie dał tego po sobie poznać ani razu. Powoli przemywała mu ranę, a kiedy była już czysta świeżym bandażem opatrzyła mu ją ponownie i to samo zrobiła z drugą ręką. Po kilku minutach skończyła.
- Możesz się teraz zdrzemnąć... - machnęła różdżką i brudne gaziki oraz bandaże zniknęły. - Albo rób co chcesz...
- Ja... Nie chciałem Cię zranić... - zaczął, kiedy ona zdążyła się odwrócić.
- Ale to zrobiłeś... - powiedziała cicho nawet się nie odwracając. - Ale to, że Ci na to pozwoliłam to moja wina... Więc jesteśmy kwita.
- Wybacz mi... - w jego głosie słychać było coś jakby... żal?
- Po co? - w końcu się odwróciła. - Żebyś znów mógł zrobić to samo za jakiś czas?
Theo nic nie odpowiedział, tylko podniósł się delikatnie do pozycji siedzącej i wyciągnął do niej rękę chcąc, żeby się przytuliła. Od razu się przy nim znalazła i lekko popchnęła na poduszki dotykając jego torsu.
- Połóż się... Powinieneś leżeć...
Pociągnął ja delikatnie w swoją stronę i przytulił do swojego ciała. Przez chwilę się opierała, ale w końcu poddała się temu i wtuliła w niego.
- Przepraszam... Nie powinnam tego mówić...
- Ja też przepraszam... - mimo, że na początku nie tuliła go mocno, jego serce i tak zabiło mocniej. Uśmiechnęła się delikatnie. Było jej tak dobrze... Ale zaraz do jej świadomości dotarł istotny fakt - on ma dziewczynę... Odsunęła się od niego powoli. Nie mógł jej zatrzymać. Chciał, żeby została przy nim na dłużej, ale przecież nie można nikogo zmuszać do miłości. Znów się uśmiechnęła.
- Odpoczywaj... Ja w tym czasie się pouczę.
- Poczytasz mi? -zapytał z nadzieją - Ja będę odpoczywać a Ty będziesz się uczyć siedząc obok.
- No dobrze... A z czego chcesz się pouczyć?
Uśmiechnął się delikatnie.
- Z obrony przed czarną magią...
Przywołała odpowiednią książkę i zaczęła czytać interesujący ją rozdział.
W ten sposób razem spędzili całkiem miłe kilka godzin, nie tylko czytając, ale również wymieniając między sobą uwagi.
♥♥♥♥♥♥♥♥
Witajcie!
Wybaczcie, że na kolejny rozdział musieliście czekać tak długo. Nie mam nic na swoje wytłumaczenie, ale przepraszam Was z całego serca.
Jest mi trochę przykro, że pod rozdziałami jest tak niewiele komentarzy. To trochę deprymujące i zastanawiam się, czy kontynuować pisanie czy po prostu dać sobie spokój.
Jednak jeśli chcecie dalej czytać przygody Naszych bohaterów to zostawcie po sobie jakiś ślad. Będzie mi bardzo miło.
A na koniec chciałam Wam życzyć, spóźnionego, ale szczęśliwego Nowego Roku :)
Pozdrawiam,
Wasza SEL ♥♥♥
Ich usta powoli zbliżały się do siebie aż w końcu połączyły się. Blaise ostrożnie muskał wargi Elsy zachęcając ją do zabawy. Ona poczuła, że to właśnie tego potrzebuje. Przymknęła oczy i
rozchyliła usta, pozwalając tym samym na pocałunek, który najpierw delikatny, przerodził się w coś namiętnego i brutalnego. Nie otworzyła oczu, jednak poczuła, że chłopak zjeżdża z pieszczotami na jej szyi. Najpierw składał na niej lekkie jak piórko pocałunki, a później zatapiał w niej swoje zęby
sprawiając, że dziewczyna cichutko jęczała. Wsunął dłoń pod jej koszulkę i dotknął jej piersi... Pieścił ją najlepiej, jak potrafił, co w jego przypadku znaczyło, że Elsa powinna być w siódmym niebie. I tak właśnie było. Pomógł jej zapomnieć o swoich problemach i smutkach. Chwilę później ich ubrania zaczęły fruwać po dormitorium. Nie minęła minuta jak oboje byli nadzy i głodni siebie. Chłopak ułożył się wygodnie między jej udami i zaczął całować wnętrze jej uda, a później przeniósł się tuż nad jej gorącą kobiecość.
- Blaise... Proszę... - była tak bardzo zdesperowana. W tym momencie tak bardzo go potrzebowała. Nie liczyło się dla niej już nic innego. Chłopak uśmiechnął się tylko wrednie i polizał jej pulsującą grudkę, ale niemal natychmiast przeniósł się na jej brzuch zostawiając ją niezaspokojoną. Powtórzył ten sam schemat kilka razy, za każdym razem potęgując jęki i błagania dziewczyny.
- Chcesz mnie? - mruknął cicho i ugryzł ją lekko we wnętrze uda.
Nie była w stanie odpowiedzieć, tylko pokiwała głową, a wtedy on podciągnął się wyżej i wziął w usta jej sutek, jednocześnie wchodząc w nią mocno i narzucając od razu szybkie tempo.
Nawet nie poczuł, jak przebił błonę dziewiczą dziewczyny, która wygięła się w łuk i krzyknęła cicho. Wziął to za okrzyk przyjemności. Jego poprzednie kochanki też tak reagowały. W jej oczach pojawiły się łzy, ale on nawet tego nie zauważył, pochłonięty dawaniem i braniem rozkoszy.
- Och tak maleńka... - pocałował ją w galopujący puls na jej szyi poruszając się w jednym i tym samym tempie. - Jesteś taka ciasna...
Wystarczyło kilka ruchów, żeby dziewczynę dopadł nieziemski orgazm, a czując to, chłopak
również osiągnął w niej swoje spełnienie i oddychając szybko, opadł obok niej biorąc ją w swoje ramiona. Pocałował ją w czoło, jak to zawsze miał w zwyczaju i ziewnął.
- Byłaś boska...
- Dzięki... - powiedziała cicho z trudem powstrzymując łzy. Uświadomiła sobie co właśnie się
stało. Przeżyła swój pierwszy raz z kimś, kogo nienawidzi... Ze wzajemnością zresztą...
Za to Blaise uśmiechnął się, wstał i nie krępując się swoją nagością udał się do łazienki zostawiając ją samą. Ona zaklęciem założyła swoją piżamę, zwinęła się w kłębek i zacisnęła powieki próbując zasnąć. Jednak wyrzuty sumienia dręczyły ją teraz podwójnie. Słyszała, jak wrócił, ale udała, że śpi.
Zabini widząc ją śpiącą, sam również położył się na swoim łóżku i po kilku minutach już smacznie
chrapał.
♥♥♥♥♥♥♥♥
Nie mogła przestać płakać tuląc się do przyjaciółki.
- I... I... On... Potraktował mnie jak tanią dziwkę... - wyszeptała.
Rose płakała razem z nią.
- Och skarbie... Tak bardzo mi przykro... Nie tak powinien wyglądać Twój pierwszy raz...
Nagle Elsa wyprostowała się i szybkim ruchem wytarła swoje łzy.
- Trudno... Co się stało już się nie odstanie. Muszę żyć dalej - podniosła się z łóżka. - Pójdę już... Za chwilę zaczynam Zielarstwo.
- Porozmawiamy wieczorem? - również się podniosła i przytuliła ją jeszcze raz. - Przy lampce wina i kubełku lodów.
Anderson uśmiechnęła się smutno i wskazała na chłopaka. - A co z nim?
- Rzucimy Muffiato i nic nie usłyszy.
- W takim razie do wieczora... - uśmiechnęła się blado i wyszła z dormitorium zakładając torbę na ramię.
Odprowadziła ją wzrokiem, a następnie oparła się o drzwi i ukryła twarz w dłoniach.
- Niepotrzebnie tu przyjechałyśmy... - wyszeptała sama do siebie. Westchnęła ciężko i nie patrząc na Theo usiadła na szerokim parapecie i zapatrzyła się w widok za oknem. Nadal nie była świadoma tego, że chłopak słyszał każde ich słowo.
- Inaczej... bym już nie żył... - powiedział cicho chłopak, który powoli otworzył oczy.
Podskoczyła i omal nie spadła z parapetu. Odwróciła szybko głowę w jego stronę z przerażoną miną.
- Ile... Ile słyszałeś? - wyszeptała.
- Dużo... - westchnął - ja... przepraszam...
Zeszła z parapetu przybierając maskę obojętności i spokoju.
- Nic co tutaj słyszałeś nie może opuścić pokoju, rozumiesz?
- Nie musisz mi tego mówić, wiem Co to znaczy.
Pokiwała głową, po czym podeszła do niego i przywołując do siebie eliksir na oczyszczenie ran powoli ściągnęła z jego ręki opatrunek.
- Teraz może zapiec...
Kiedy opatrywała mu rany, cały czas patrzył w tym kierunku i mimo, że bardzo go to bolalo, nie dał tego po sobie poznać ani razu. Powoli przemywała mu ranę, a kiedy była już czysta świeżym bandażem opatrzyła mu ją ponownie i to samo zrobiła z drugą ręką. Po kilku minutach skończyła.
- Możesz się teraz zdrzemnąć... - machnęła różdżką i brudne gaziki oraz bandaże zniknęły. - Albo rób co chcesz...
- Ja... Nie chciałem Cię zranić... - zaczął, kiedy ona zdążyła się odwrócić.
- Ale to zrobiłeś... - powiedziała cicho nawet się nie odwracając. - Ale to, że Ci na to pozwoliłam to moja wina... Więc jesteśmy kwita.
- Wybacz mi... - w jego głosie słychać było coś jakby... żal?
- Po co? - w końcu się odwróciła. - Żebyś znów mógł zrobić to samo za jakiś czas?
Theo nic nie odpowiedział, tylko podniósł się delikatnie do pozycji siedzącej i wyciągnął do niej rękę chcąc, żeby się przytuliła. Od razu się przy nim znalazła i lekko popchnęła na poduszki dotykając jego torsu.
- Połóż się... Powinieneś leżeć...
Pociągnął ja delikatnie w swoją stronę i przytulił do swojego ciała. Przez chwilę się opierała, ale w końcu poddała się temu i wtuliła w niego.
- Przepraszam... Nie powinnam tego mówić...
- Ja też przepraszam... - mimo, że na początku nie tuliła go mocno, jego serce i tak zabiło mocniej. Uśmiechnęła się delikatnie. Było jej tak dobrze... Ale zaraz do jej świadomości dotarł istotny fakt - on ma dziewczynę... Odsunęła się od niego powoli. Nie mógł jej zatrzymać. Chciał, żeby została przy nim na dłużej, ale przecież nie można nikogo zmuszać do miłości. Znów się uśmiechnęła.
- Odpoczywaj... Ja w tym czasie się pouczę.
- Poczytasz mi? -zapytał z nadzieją - Ja będę odpoczywać a Ty będziesz się uczyć siedząc obok.
- No dobrze... A z czego chcesz się pouczyć?
Uśmiechnął się delikatnie.
- Z obrony przed czarną magią...
Przywołała odpowiednią książkę i zaczęła czytać interesujący ją rozdział.
W ten sposób razem spędzili całkiem miłe kilka godzin, nie tylko czytając, ale również wymieniając między sobą uwagi.
♥♥♥♥♥♥♥♥
Witajcie!
Wybaczcie, że na kolejny rozdział musieliście czekać tak długo. Nie mam nic na swoje wytłumaczenie, ale przepraszam Was z całego serca.
Jest mi trochę przykro, że pod rozdziałami jest tak niewiele komentarzy. To trochę deprymujące i zastanawiam się, czy kontynuować pisanie czy po prostu dać sobie spokój.
Jednak jeśli chcecie dalej czytać przygody Naszych bohaterów to zostawcie po sobie jakiś ślad. Będzie mi bardzo miło.
A na koniec chciałam Wam życzyć, spóźnionego, ale szczęśliwego Nowego Roku :)
Pozdrawiam,
Wasza SEL ♥♥♥
Subskrybuj:
Posty (Atom)